Mam dziś pięćdziesiąt dwa lata, ale tamten listopadowy wieczór pamiętam dokładniej niż niejeden dzień z zeszłego tygodnia. Dwa dni po pogrzebie dziadka siedziałem sam w jego kuchni, przy stole przykrytym ceratą w drobne brązowe kwiaty. Na kredensie stała niedopita herbata po ciotce, a pod oknem suszyły się rękawiczki, które ktoś położył na kaloryferze po powrocie z cmentarza.

Dziadek Stanisław wychował mnie właściwie od początku. Moi rodzice zginęli w wypadku, gdy miałem trzy lata, a on został ze mną w niewielkim domu na obrzeżach Sandomierza. Był już wtedy po sześćdziesiątce, miał niewielką emeryturę po pracy na kolei i zwyczaj zapisywania każdego rachunku w zeszycie w kratkę.
Nigdy nie mówił, że coś dla mnie poświęcił. Po prostu rano robił kanapki do szkoły, zimą rozpalał w piecu, a kiedy byłem starszy, uczył mnie wymieniać uszczelkę w kranie i nie kupować na kredyt rzeczy, bez których można się obejść. Gdy zachorował, role trochę się odwróciły. To ja woziłem go do przychodni i pilnowałem recept.
Na pogrzeb przyjechała też moja kuzynka Beata, córka siostry mojej mamy. Wcześniej widywaliśmy ją głównie na Wszystkich Świętych i czasem przy okazji imienin dziadka. Po mszy i spotkaniu w restauracji przy rynku została dłużej, choć wcześniej zawsze spieszyła się do domu.
— Trzeba będzie szybko ustalić, co z domem — powiedziała, kiedy jeszcze stały na stole talerze po zimnej płycie.
Dziadek był pochowany może trzy godziny wcześniej.
Powiedziałem, że najpierw chcę przejrzeć dokumenty i umówić się u notariusza. Beata zaczęła pytać o księgę wieczystą, testament i pieniądze na koncie. Mówiła rzeczowo, jakbyśmy omawiali sprzedaż starego samochodu. Potem obeszła dom, zaglądając do pokoju dziadka, szuflad kredensu i komórki przy sieni.
Następnego dnia zacząłem porządkować jego warsztat. Pod drewnianą skrzynką z kluczami znalazłem kopertę z moim imieniem. Pismo było nierówne, ale od razu je poznałem.
„Paweł, zanim zdecydujesz, co zrobić z domem, wykop ziemię pod wierzbą od strony płotu. Tam znajdziesz coś, o czym nie mówiłem ci przez dwadzieścia dwa lata”.
Przeczytałem kartkę dwa razy, potem odłożyłem ją obok kubka. Zamiast od razu biec do ogrodu, nastawiłem wodę na herbatę. Dziadek często powtarzał, że człowiek najgorsze decyzje podejmuje wtedy, kiedy chce wszystko wiedzieć natychmiast.
Wierzba rosła za komórką, jeszcze z czasów, gdy dziadek kupił działkę. Zabrałem starą łopatę i zacząłem kopać przy grubszym korzeniu. Po kilkunastu minutach trafiłem na metalową skrzynkę owiniętą w dwie warstwy folii.
W środku było kilka tysięcy złotych, stary bankowy dokument i dwie koperty. Na pierwszej dziadek napisał: „Przeczytaj teraz”. Na drugiej: „Otwórz dopiero wtedy, gdy zdecydujesz, że zostajesz”.
Nie zdążyłem przeczytać pierwszego listu do końca, kiedy od strony furtki usłyszałem Beatę.
— Wiedziałam, że coś tutaj trzymał — powiedziała.
Nie zapytałem, skąd wiedziała, że jestem w ogrodzie. Tłumaczyła, że przyjechała po pozostawiony szalik, ale szalik leżał potem przez cały wieczór na krześle i nawet na niego nie spojrzała.
Usiedliśmy w kuchni. Z listu wynikało, że dziadek przewidywał, iż po jego śmierci ktoś będzie mnie namawiał do szybkiej sprzedaży. Pieniądze w skrzynce nie były spadkiem, tylko czymś w rodzaju próby. Miałem zdecydować, czy biorę gotówkę i odchodzę od domu, czy zostaję i otwieram drugą kopertę.
Beata prychnęła.
— Próby to się robi dzieciom, a nie dorosłym ludziom. Dom trzeba sprzedać, zanim zacznie się sypać.
Miała trochę racji. Dach wymagał naprawy, piec był stary, a ja wtedy pracowałem w sklepie budowlanym i nie zarabiałem wiele. Nie miałem żony ani dzieci, więc z boku naprawdę mogło wyglądać, że rozsądniej będzie wziąć pieniądze i zacząć gdzie indziej.
Tylko że ten dom nie był dla mnie nieruchomością. W kuchni nadal wisiała miarka wzrostu z kreskami robionymi ołówkiem. W sieni stały moje pierwsze łyżwy, których dziadek nie pozwalał wyrzucić. W jego pokoju leżało zdjęcie rodziców w drewnianej ramce, tej samej od mojego dzieciństwa.
Powiedziałem Beacie, że nie sprzedaję.
Przez chwilę nic nie odpowiedziała. Potem zaczęła zbierać ze stołu łyżeczki, choć były czyste.
— Tobie zawsze było łatwiej — rzuciła w końcu. — Dziadek wszystko robił pod ciebie.
To nie była prawda, ale pierwszy raz usłyszałem w jej głosie coś więcej niż chęć zysku. Jej matka, moja ciotka, przez lata była z dziadkiem skłócona. Beata miała poczucie, że przez tamten konflikt została odsunięta razem z nią.
— Mogłaś tu przyjeżdżać — powiedziałem.
— A po co? Żeby słuchać, jaki jesteś zdolny i jak świetnie sobie radzisz?
Wypłukała kubek, chociaż był już czysty, i odstawiła go na suszarkę. Potem wzięła z metalowej skrzynki pieniądze.
— To mi się chociaż należy — powiedziała.
Nie zatrzymałem jej. Wiedziałem już, że nie chcę kolejnej awantury dwa dni po pogrzebie. Patrzyłem tylko, jak wkłada banknoty do torebki i wychodzi bez pożegnania.
Dopiero wtedy otworzyłem drugą kopertę.
Dziadek napisał krótko: „Skoro zostałeś, zajrzyj za lustro w moim pokoju. Klucz jest przy ramie. Nie mów nikomu, dopóki nie uporządkujesz spraw u notariusza”.
Za ciężkim lustrem znalazłem niewielką wnękę, a w niej metalową kasetkę. Były tam dokumenty lokaty, książeczka oszczędnościowa, testament sporządzony kilka lat wcześniej i potwierdzenia przelewów. Dziadek odkładał dla mnie pieniądze od czasu, gdy zostałem u niego jako mały chłopiec. Nie była to fortuna, ale suma wystarczająca na remont domu i spokojny start.
Tydzień później siedziałem w kancelarii notarialnej z aktem zgonu, testamentem i dokumentami nieruchomości. Notariusz wyjaśnił mi, co trzeba zgłosić, jakie są opłaty i kto może mieć roszczenia do spadku. Beata nie była spadkobierczynią domu. Dziadek uporządkował wszystko wcześniej.
Z kuzynką przez następne lata prawie nie rozmawialiśmy. Oddała część pieniędzy po kilku miesiącach, przelewem, bez telefonu. W tytule wpisała tylko: „dla Pawła”.
Dom remontowałem powoli. Najpierw dach, potem instalację, później łazienkę. Starego kredensu nie wyrzuciłem, choć moja żona, którą poznałem kilka lat później, twierdziła, że zajmuje pół kuchni.
Do dziś mieszkamy w tym domu. Wierzba nadal rośnie przy płocie, tylko jedna z grubych gałęzi została ścięta po burzy. Czasem, kiedy jesienią zamiatam liście, przypominam sobie tamtą skrzynkę i kopertę z krzywym pismem.
List dziadka trzymam w szufladzie kredensu, między polisą domu a starymi zdjęciami. W zeszłym roku na Wszystkich Świętych Beata stanęła obok mnie przy grobie i podała mi znicz, bo mój zgasł od wiatru. Nie rozmawialiśmy o pieniądzach ani o domu.
— Wierzba jeszcze stoi? — zapytała tylko.
— Stoi — odpowiedziałem.
Pokiwała głową i poprawiła chryzantemy na nagrobku.


