Mam pięćdziesiąt dwa lata i do dziś pamiętam dźwięk telefonu, który zadzwonił tamtego wtorku, kiedy kończyłam jeść zupę przy biurku. Dzwoniło przedszkole naszego najmłodszego syna, Antka. Pani z sekretariatu mówiła spokojnie, ale słyszałam, że jest już po godzinach.

— Pani Marto, ktoś jest w drodze po Antosia? Został ostatni.
Odłożyłam łyżkę. Zwykle odbierała go Kasia, nasza opiekunka. Pracowała u nas od prawie trzech lat, znała plan zajęć starszych dzieci lepiej niż ja i mój mąż razem. Tego dnia nie dostałam od niej żadnej wiadomości.
Mama była u nas dopiero od dwóch dni. Miała sześćdziesiąt dziewięć lat, złamaną prawą rękę i gips prawie do ramienia. Po operacji w szpitalu w Legnicy lekarz powtarzał jej, żeby niczego nie dźwigała, nie sprzątała i nie próbowała być „dzielna”, bo kość była skręcona płytką. Zabrałam ją do naszego mieszkania we Wrocławiu, bo mieszkała sama, a na czwartym piętrze w jej bloku nie było windy.
Przed przyjazdem zapytałam Pawła, czy nie ma nic przeciwko temu.
— Przecież to twoja mama — odpowiedział. — Jakoś się pomieścimy.
Pojechałam więc po Antka sama. Siedział na małej ławce w szatni z czapką na kolanach i od razu zapytał, czy Kasia jest chora. Powiedziałam, że jeszcze nie wiem.
W domu pachniało smażoną cebulą. Mama stała przy kuchennym blacie i próbowała otworzyć słoik lewą ręką. Paweł siedział przy stole z laptopem, obok miał rachunek za prąd i kubek po kawie.
— Gdzie jest Kasia? — zapytałam.
Nie spojrzał od razu.
— Już nie przychodzi.
Najpierw pomyślałam, że się pokłócili albo Kasia sama zrezygnowała. Dopiero po chwili Paweł zamknął komputer.
— Zwolniłem ją. Przecież teraz jest twoja mama. Nie ma sensu płacić czterech tysięcy miesięcznie, kiedy ktoś i tak jest w domu.
Mama odłożyła słoik.
— Ja mogę trochę pomóc — powiedziała cicho. — Przecież dzieci znam.
Patrzyła przy tym na mnie, nie na niego. Znałam ten ton. Używała go przez całe życie, gdy chciała, żeby kłótnia skończyła się, zanim naprawdę się zacznie.
— Mamo, ty masz odpoczywać.
Paweł westchnął.
— Nikt jej nie każe nosić worków z cementem. Dzieci są duże.
Najmłodszy miał cztery lata. Drugie dziecko siedem. Dwie starsze córki chodziły do szkoły podstawowej, miały zajęcia dodatkowe w różnych częściach miasta. Sama logistyka od poniedziałku do piątku wyglądała jak mały rozkład jazdy.
Wieczorem zadzwoniłam do Kasi. Odebrała po drugim sygnale.
— Myślałam, że wiesz — powiedziała. — Paweł powiedział, że ustaliliście, że pani mama przejmuje dzieci na czas rekonwalescencji.
Usiadłam w sypialni na brzegu łóżka i zaczęłam składać skarpetki, choć nie było po co. Potrzebowałam przez chwilę robić coś prostego.
Następnego dnia wróciłam wcześniej z pracy. Na stole w kuchni leżały zeszyty, kredki, talerz z niedojedzoną kanapką i pismo ze spółdzielni. Mama mieszała zupę jedną ręką, przytrzymując garnek biodrem. Obok stał kosz z praniem. Siedmioletni Kuba płakał, bo nie mógł znaleźć stroju na trening.
Paweł rozmawiał przez telefon w pokoju.
— Po co to robisz? — zapytałam mamę.
— Paweł powiedział, że skoro jestem cały dzień, to mogę przynajmniej ogarnąć obiad. Nie chcę, żeby pomyślał, że przyjechałam tu na gotowe.
Zakręciłam gaz. Potem zdjęłam z krzesła jej sweter i pomogłam go założyć.
— Spakuj leki i dokumenty ze szpitala. Jedziemy.
Paweł wyszedł do kuchni dopiero, gdy zobaczył torbę przy drzwiach.
— Dokąd?
— Do apartamentu na kilka dni. Mama ma tam odpocząć.
— Żartujesz. I kto zajmie się dziećmi?
— My.
To jedno słowo wreszcie go zatrzymało.
Zabrałam mamę i całą czwórkę. Wynajęłam niewielki apartament niedaleko mojego biura, z dwoma pokojami i aneksem kuchennym. Zapłaciłam z naszego wspólnego konta, tego samego, z którego Paweł tak dokładnie liczył wydatki na opiekunkę.
Jeszcze tego wieczoru napisałam do Kasi, czy wróci od poniedziałku. Zgodziła się. Następnego dnia w przychodni dostałam numer do fizjoterapeutki, która mogła przyjeżdżać do mamy i pokazać jej bezpieczne ćwiczenia dłoni oraz barku. Koszt nie był mały, ale znacznie niższy, niż Paweł sugerował przez ostatnie miesiące, kiedy narzekał, że „każda pomoc kosztuje fortunę”.
Przez dwa dni pisał do mnie, że przesadzam, że dzieci powinny spać w swoich łóżkach i że robimy przedstawienie z jednej niefortunnej decyzji. Odpowiadałam tylko w sprawach dotyczących dzieci.
W piątek przyjechał do apartamentu. Przyniósł torbę z rzeczami Antka i dokument z ubezpieczenia mamy, który został w naszej szufladzie.
— Możemy normalnie porozmawiać? — zapytał.
Usiedliśmy przy małym stole. Mama była w drugim pokoju z dziećmi. Słyszałam, jak czyta im książkę, a starsza córka, Zosia, poprawia jej poduszkę pod gipsem.
Położyłam przed Pawłem kartkę. Rozpisałam odbiory dzieci, godziny Kasi, moje dni pracy z domu i dwa popołudnia, kiedy to on miał odbierać Antka z przedszkola. Obok wpisałam koszty.
— Nie będziesz już zwalniał nikogo, kto pracuje dla naszej rodziny, bez rozmowy ze mną — powiedziałam. — I moja mama nie jest darmową opiekunką.
Pokręcił głową.
— Chciałem tylko ograniczyć wydatki.
Drzwi do drugiego pokoju otworzyły się. Zosia stanęła w przejściu.
— Tato, babcia wczoraj powiedziała, że boli ją ręka, ale bała się usiąść, bo mówiłeś, że pranie samo się nie zrobi.
Paweł spojrzał na nią, potem na mnie. Nie odpowiedział od razu. Wziął kartkę, którą mu podałam, i przeczytał ją jeszcze raz.
— Powiedziałem to w złości — mruknął.
— Ona nie wiedziała, że to tylko złość.
Mama weszła do kuchni po herbatę. Paweł wstał i odsunął jej krzesło.
— Pani Haniu… przepraszam. Naprawdę. Zachowałem się tak, jakby pani pobyt tutaj był rachunkiem do wyrównania.
Mama poprawiła chustkę przy gipsie.
— Nie lubię być ciężarem — powiedziała.
— To nie pani powinna się tego wstydzić — odpowiedział.
Nie wróciliśmy do domu tego samego dnia. Potrzebowałam zobaczyć, czy za słowami pójdzie coś więcej. W poniedziałek Paweł odebrał Antka z przedszkola. We wtorek zawiózł Kubę na trening. Kasia wróciła, a mama przez kilka tygodni siedziała głównie przy kuchennym oknie, piła herbatę i pomagała dzieciom w lekcjach tylko wtedy, kiedy sama miała na to ochotę.
Pewnego wieczoru zobaczyłam Pawła, jak niesie kosz z praniem do łazienki. Mama odruchowo podniosła się z krzesła.
— Zostaw, ja mogę poskładać.
Paweł postawił kosz na podłodze.
— Nie, pani Haniu. Pani ma herbatę.
Mama popatrzyła na niego chwilę, potem usiadła z powrotem i przesunęła filiżankę bliżej okna.


