W dniu dziesiątej rocznicy ślubu Dariusz wręczył Kindze nefrytową bransoletkę. W restauracji na Ostrowie Tumskim, tej samej, gdzie byli na pierwszej randce, pochyliła się nad stołem i szepnęła: „Trzysta pięćdziesiąt tysięcy, mamo, na naszą rocznicę”. Teściowa Alina długo obracała kamień w palcach, a potem zimno skwitowała: „Im by się przydało sto tysięcy na nadpłatę kredytu. A salon trzeba wyremontować, minimum osiemdziesiąt”.

Kinga zacisnęła zęby, ale w duchu czuła, jak coś pęka. Do domu wracali w ciszy, która dusiła bardziej niż krzyk. W sypialni Kinga zdjęła bransoletkę i włożyła ją do rzeźbionej szkatułki. Tej nocy nie spała, analizując każdy gest Dariusza i każdą uwagę Aliny.
Rano, gdy mąż poszedł do pracy, wyjęła telefon i zadzwoniła do rzeczoznawcy. Wynik ekspertyzy był jednoznaczny – kamień był wart co najwyżej dwadzieścia tysięcy, a zapięcie nie miało żadnych brylancików. Kinga poczuła ukłucie w sercu, ale nie powiedziała nic. Następnego dnia kupiła identyczną, tanią podróbkę i założyła ją, a oryginał schowała.
Dariusz nie zauważył różnicy. Za to Alina, przychodząc na niedzielny obiad, patrzyła na nadgarstek Kingi z dziwnym błyskiem w oku. „Ładna”, rzuciła mimochodem, ale Kinga widziała, jak teściowa zaciska palce na serwetce. Tydzień później Alina nagle zaproponowała pojednanie, którego nikt się nie spodziewał.
„Przepraszam za wszystko, córeczko”, powiedziała drżącym głosem, a Dariusz z ulgą objął matkę. Kinga zmusiła się do uśmiechu, chociaż każdy instynkt krzyczał, że to pułapka. Potem zaczęły się dziwne rzeczy. Najpierw Kinga dostała silnej alergii – trafiła do szpitala na Borowską.
Lekarze mówili o reakcji na nikiel, ale ona wiedziała, że od tygodni nie nosiła biżuterii. Kiedy wróciła do domu, znalazła w szkatułce swoją bransoletkę, choć była pewna, że zamknęła ją w sejfie. A potem, otwierając szafę Dariusza, natknęła się na zdjęcie, które zamroziło jej krew – on i Alina na plaży w Sopocie, obejmujący się, z napisem na odwrocie: „Nasz wyjazd, kocham cię”. Kinga włożyła zdjęcie do kieszeni i wyjęła telefon.
Alina, ledwo doszedłszy do siebie po omdleniu w szpitalu, spędziła dwie godziny u ordynatora za zamkniętymi drzwiami. Trzeciego dnia przyszła do Kingi z torbą w rękach. „Oddaj mi bransoletkę”, syknęła zamiast powitania. „Mówi, że należy do mnie i każdy, kto ją założy, będzie przeklęty.
Muszę ją poświęcić, zanieść do kościoła, inaczej wszyscy umrzemy”. Kinga patrzyła na nią, czując, jak prawda układa się w całość. „Twoje wyniki pójdą do prokuratury”, powiedziała cicho. „Im dłużej nosisz, im bardziej się pocisz, tym więcej trucizny trafia do organizmu”.
Alina przycisnęła rękę do ust, a Dariusz rzucił się do drzwi, ale wtedy do sali wchodzili już policjanci. Wiosną Kinga wróciła do swojego biura we Wrocławiu. Na nadgarstku nie miała ani jednej bransoletki. A kiedy zadzwonił rzeczoznawca z pytaniem, co zrobić z dowodami, odpowiedziała tylko: „Niech zostaną w aktach.
Na zawsze”.


