Miałam już wyciągać telefon po pomoc drogową, kiedy ktoś zapukał w szybę od strony pasażera. Stałam na poboczu starej krajówki między Radomiem a małym miasteczkiem, którego nazwy przez dwadzieścia lat nie chciałam nawet wypowiadać. Padał drobny deszcz, samochody rozchlapywały wodę, a ja patrzyłam na mężczyznę w zniszczonej kurtce i czapce naciągniętej na uszy.

— Koło pani poszło — powiedział, jakby tego nie było widać. — Ma pani zapas?
Skinęłam głową. Mężczyzna wyglądał na kogoś, kto nocuje gdzie popadnie. Miał przy sobie wypchany plecak i reklamówkę z osiedlowego sklepu, ale mówił spokojnie. Otworzyłam bagażnik. Nie dlatego, że mu ufałam. Po prostu chciałam jak najszybciej odjechać.
Ta droga kojarzyła mi się z Kubą.
Miał siedem lat, kiedy zniknął na parkingu przy barze, który stał wtedy kilka kilometrów dalej. Wracaliśmy od mojej siostry. Kuba marudził, że chce oranżadę, więc weszłam do środka, a on miał czekać przy samochodzie. Kiedy wróciłam, nie było go ani przy aucie, ani przy stolikach, ani przy starym trzepaku za barem.
Przez pierwsze tygodnie policja szukała wszędzie. Psy, las, rowy, gospodarstwa. Potem były plakaty, telefony od ludzi, którzy „chyba widzieli podobnego chłopca”, i kolejne przesłuchania. Z czasem telefony milkły. Akta sprawy zostały, ale życie dookoła ruszyło dalej.
Moje też, tylko inaczej.
Mężczyzna na poboczu zmienił koło szybko. Kiedy schował lewarek, otarł ręce kawałkiem starej szmatki.
— Niech pani uważa na tym zapasie, pani Elżbieto. Do wulkanizatora spokojnie, bez szaleństw.
Spojrzałam na niego.
— Skąd pan zna moje imię?
Przez chwilę udawał, że nie słyszy. Zapiął plecak, poprawił czapkę.
— Dobrze, że pani tędy dziś jechała — powiedział tylko.
Odszedł w stronę zarośniętego przystanku. Wsiadłam do auta i wtedy zobaczyłam na siedzeniu pasażera małą, wyblakłą fotografię.
Kuba siedział na betonowym murku. Miał tę samą granatową bluzę, w której zaginął, i włosy opadające na oczy. Zdjęcie nie pochodziło z naszego albumu. Nigdy wcześniej go nie widziałam.
Na odwrocie był adres w podwarszawskim miasteczku i napis: „Zapytaj o Wiktora”.
Położyłam fotografię obok dźwigni zmiany biegów i przez chwilę porządkowałam w samochodzie rzeczy, które nie wymagały porządkowania. Schowałam ładowarkę, złożyłam paragon, poprawiłam butelkę z wodą w drzwiach. Dopiero potem zadzwoniłam do Marka, emerytowanego policjanta, który prowadził sprawę Kuby.
Milczał długo, gdy przeczytałam mu nazwisko z dopisku.
— Wiktor Kania pracował wtedy przy remontach tej drogi — powiedział w końcu. — Przesłuchiwaliśmy go. Twierdził, że niczego nie widział.
— A ten adres?
— Elżbieta, nie jedź tam sama.
Pojechałam.
Dom był zwyczajny, z małym ogródkiem i dziecięcym rowerkiem opartym o płot. Otworzyła mi kobieta około czterdziestki. Kiedy zobaczyła zdjęcie, od razu zeszła z progu.
— Proszę wejść — powiedziała. — Wiedziałam, że ktoś kiedyś przyjdzie.
Usiadłyśmy w kuchni. Na stole stała herbata, pudełko kredek i rachunek za prąd przyciśnięty cukiernicą. Kobieta miała na imię Marta. Wiktor był jej wujem. Zmarł trzy tygodnie wcześniej.
— Po pogrzebie opróżnialiśmy jego mieszkanie — zaczęła. — W starym kredensie znalazłam metalową kasetkę. Były tam wycinki z gazet, pani zdjęcia i to.
Położyła przede mną kilka pożółkłych kartek. Jedna była odręczną notatką Wiktora.
Nie musiałam czytać jej dwa razy.
Tamtego dnia znalazł Kubę za barem, przy drodze prowadzącej do lasu. Chłopiec płakał i powtarzał moje imię. Wiktor miał wtedy problemy z policją po bójce i bał się kontroli. Zamiast podejść do baru, zabrał dziecko do swojego samochodu, przekonując sam siebie, że rano wszystko wyjaśni.
Rano przestraszył się jeszcze bardziej.
— To nie ma sensu — powiedziałam.
Marta przesunęła palcem po brzegu filiżanki.
— Wiem. Potem wyjechał z nim do swojej siostry. Ona była sama, nie miała dzieci. Wuj powiedział jej, że chłopak jest synem znajomej, która trafiła do szpitala. Później kłamstwo zrobiło się za duże, żeby się do niego przyznać.
Kuba przez jakiś czas nie chodził do szkoły. Potem Wiktor zdobył fałszywe dokumenty i przenieśli się na drugi koniec kraju. Marta nie znała całej historii. Dla niej był kuzynem Pawłem, którego wuj przywiózł pewnego lata.
— Gdzie on jest? — zapytałam.
Marta spojrzała w stronę przedpokoju.
— Pracuje w hurtowni budowlanej pod Piasecznem. Ma żonę. I syna.
Przed wejściem do hurtowni kupiłam w automacie oranżadę w szklanej butelce. Taką, jakiej Kuba chciał tamtego dnia.
Mężczyzna, który wyszedł z magazynu, miał trzydzieści kilka lat. Był wyższy od mojego męża i miał siwe nitki przy skroniach. Gdy powiedziałam „Kuba”, spojrzał za siebie, jakby wołano kogoś innego.
— Mam na imię Paweł.
— Wiem, że tak ci mówiono.
Nie rzucił mi się w ramiona. Nie był już siedmioletnim chłopcem. Zapytał, kim jestem, skąd mam zdjęcie i dlaczego ma wierzyć w cokolwiek, co mówię.
Podałam mu butelkę.
Patrzył na nią dłuższą chwilę.
— Był taki automat przy barze — powiedział cicho. — Pamiętam, że czekałem przy samochodzie. Potem poszedłem za budynek, bo zobaczyłem psa.
Usiedliśmy na ławce przy magazynie. Opowiedziałam mu o poszukiwaniach, o plakatach, które wisiały nawet na dworcu w Radomiu, o mojej mamie, która do śmierci trzymała jego szkolne zdjęcie w kredensie. On mówił o Wiktorze i jego siostrze bez nienawiści. To było chyba najtrudniejsze.
— Ona była dla mnie dobra — powiedział. — Jeśli to wszystko jest prawdą, to nie wiem, gdzie mam ją teraz postawić w głowie.
— Nie musisz dziś tego wiedzieć.
Wieczorem wróciliśmy do Marty. Przyjechał też Marek i dwóch policjantów. Zabrali kasetkę, stare listy i dokumenty, które miały zostać porównane z aktami sprzed lat. Wiktor nie żył, jego siostra również. Zostały papiery, daty i pytania, na które nikt przy kuchennym stole nie potrafił odpowiedzieć.
Kuba, a właściwie Paweł, stał przy oknie i obracał w dłoniach kapsel od oranżady.
— Szukałaś mnie długo? — zapytał.
— Nigdy nie przestałam sprawdzać, kiedy ktoś dzwonił.
Pokiwał głową.
W drzwiach pojawił się mały chłopiec, może pięcioletni, z samochodzikiem w ręce.
— Tato, mama pyta, kiedy wracasz.
Paweł spojrzał na mnie, potem na syna.
— To jest Elżbieta — powiedział. Po chwili dodał: — Moja mama.
Nie poprawiłam go ani nie podeszłam bliżej. Zostałam przy stole, obok pustych filiżanek i rozsypanych kredek. Chłopiec przyjrzał mi się z powagą, po czym położył czerwony samochodzik na blacie.
— Możesz potrzymać — powiedział.
Trzymałam go, dopóki nie trzeba było wyjść.


