W dzień ojca obudziłem się wcześniej niż zwykle. Było jeszcze przed szóstą, kiedy wszedłem do kuchni i otworzyłem okno na ogród. Powietrze było chłodne, takie czerwcowe, świeże po nocy, a gdzieś za płotem już odezwał się pierwszy kos. Stałem chwilę z rękami opartymi o parapet i pomyślałem, że Helena znowu by się ze mnie śmiała.

Stasiu, ludzie jeszcze śpią, a ty już szykujesz obiad. Mówiła. Zawsze miała rację. Zaczynałem wszystko za wcześnie.
Grill, świąteczny obiad, nawet zwykłe imieniny. Jak człowiek całe życie wstawał rano do pracy, to potem trudno nauczyć się siedzieć bezczynnie do dziewiątej. Heleny nie było ze mną już od kilku lat. Chorowała długo, ale nie lubię do tego wracać.
Zostały po niej inne rzeczy, te zwyczajne. Jej kubek w drobne niebieskie kwiatki nadal stał na tej samej półce. Nie używałem go. Sam nie wiem dlaczego.
Po prostu był jej. To ona nauczyła mnie dobrze marynować karkówkę. Nie żałuj majeranku i daj mięsu czas. Powtarzała.
Sos czosnkowy też zawsze robiła sama. Mój nigdy nie wychodził taki jak jej. Niby jogurt, czosnek, trochę soli, koperek, żadna filozofia. A jednak czegoś brakowało.
Tego ranka spróbowałem jeszcze raz. Potem przyszło mi do głowy, że mogli jeszcze wstąpić do sklepu. Albo że Tomek jak zwykle gonił Mikołaja po całym mieszkaniu, żeby w końcu wyszli. Mój syn od dzieciństwa miał problem z punktualnością.
Kiedy chodził do szkoły, potrafił szukać drugiego buta pięć minut przed wyjściem. Teraz miał własnego syna, własne mieszkanie i pracę, ale z czasem nadal żył po swojemu. Dorzuciłem trochę węgla do grilla. Mruknąłem sam do siebie.
Może łatwiej było mówić do pustego ogrodu niż przyznać, że zaczynam się czuć głupio. Koło wpół do dziesiątej zadzwoniłem do Tomka. Nigdy nie lubiłem gadać do automatu. Słuchałem jednak przez chwilę sygnału, aż włączyła się poczta.
Nie zostawiłem wiadomości. Co miałem powiedzieć? Prawdę? Że siedzę sam na podwórku i czekam na własne dziecko jak na obcego?
Że wstydzisz się zaprosić syna na obiad, bo wiesz, że zawsze macie coś ważniejszego? Przez te kilka lat minęło mi wiele rzeczy, ale nie nauczyłem się mówić tego, co naprawdę leżało mi na sercu. Później sam już nie wiem, co było najgorsze: czy to, że Tomek nie odebrał, czy to, że ja nie próbowałem drugi raz. Tato, wiem, nie dzwoniłem.
Wiem, obiecałem. Potem pewnie by mówił, że Ewa uznała, iż lepiej będzie. Tylko że Ewa nie musiała czekać. Ewa nie musiała udawać przed sąsiadami, że ma rodzinę.
Zgasiłem część żaru i zacząłem znosić jedzenie do kuchni. Najpierw sałatkę, potem surowe mięso zamarynowane od rana. Wstawiłem marynatę do lodówki, a karkówkę zostawiłem na blacie. Sam już nie pamiętałem, czy to zrobiłem z żalu czy z rozsądku.
Może jedno i drugie. Zatrzymałem się w progu kuchni i rozejrzałem dookoła. Dom zawsze był duży, ale dziś wydawał się wręcz pusty. Potem usiadłem w fotelu.
Nie włączyłem telewizora. Nie wziąłem gazety. Po prostu siedziałem, patrząc przez okno na ogród, gdzie stały trzy krzesła, grill i stolik z obrusem, którego Helena nie zdjęła zeszłej jesieni. Nawet z daleka widziałem, że są na nim plamy po winie.
Wstałem w końcu i przeszedłem się po domu. Pokój Tomka wyglądał tak samo jak wtedy, kiedy wyjechał na studia. Plakaty na ścianach, biurko, półka z książkami. W szafie nadal wisiały jego stare rzeczy.
Dotknąłem mankietu jednej z koszul i cofnąłem rękę. Przeszedłem do przedpokoju i stanąłem przed drzwiami do pokoju, który kiedyś miał być gabinetem. Niby nic się tam nie działo, a jednak coś przyciągało mój wzrok. Wcisnąłem klamkę i otworzyłem drzwi.
Stanąłem w progu i patrzyłem na sufit, na ścianę, na podłogę. Zbigniew. Znałem go z widzenia, z osiedla, chyba z garaży. Mieszkał trzy domy dalej, ale nie zamieniliśmy nigdy więcej niż kilka słów.
To miał być zwykły remont u jednego znajomego. Przyszedł, żeby przemalować sypialnię, bo nie widziałem, po co płacić ekipie. Chyba nawet sam się temu dziwiłem, że w ogóle się zgodziłem. Na starość trzeba uważać, jak to mówią, żeby się nie przeliczyć.
We wtorek, przed samym południem, Zbigniew stał w drzwiach wejściowych. Uśmiechnął się, wszedł pierwszy i powiedział: „To co, panie Stasiu, gdzie ta sypialnia? ”. Zaprowadziłem go na górę.
Otworzyłem okno, bo w pokoju było duszno od farb i stęchlizny. Zbigniew obejrzał ściany, postukał w tynk, zmierzył coś miarką. „No dobrze, panie Stasiu, wygląda to całkiem nieźle. Tylko trzeba będzie wszystko dobrze odkurzyć i zagruntować.
” Wyjął z torby mały pojemnik z gruntem i pędzel. Sam zabrałem się za zabezpieczanie podłogi. Zwinęliśmy dywan, wynieśliśmy meble na środek pokoju i przykryliśmy je folią. Pracowaliśmy tak do wieczora.
Coraz rzadziej rozmawialiśmy. Zbigniew skupiał się na swojej robocie, a ja podawałem mu narzędzia, trzymałem drabinę, a potem zamalowywałem te miejsca, które były trudno dostępne. Cieszyłem się, że mam co robić. Zbigniew był małomówny, ale jak już coś mówił, to o tym, co trzeba.
Następnego dnia czekałem na niego z rana. Sam nie wiedziałem nawet, o której przyjdzie. Kiedy zobaczyłem go w oknie, stojącego na chodniku i odpalać papierosa, ucieszyłem się. Niby zawsze byłem sam, ale jakoś tak raźniej.
Poszedłem do kuchni, nalałem do dwóch kubków herbaty i postawiłem na stole. Kiedy usłyszałem pukanie do drzwi, a potem od razu do sypialni, powiedziałem tylko: „Dzień dobry, panie Zbigniewie. Herbatka? ”
Dopiero pod koniec pierwszego dnia zdziwiłem się, że on wcale nie szedł do wyjścia.
Usiadł na krześle w kuchni i zaczął mi opowiadać o tym, jak to jeździł na budowy za granicą. Nic wielkiego, ale słuchało się przyjemnie. Od tego dnia przyszło mi do głowy, że może ludzie nie są tacy źli. Tak myślałem, dopóki nie przyszedł Tomek.
A może właśnie przez to wszystko, co się wydarzyło, dużo mi to dało do myślenia o moim własnym synu. Zadzwonił we wtorek wieczorem, kilka dni przed Dniem Ojca. Ewa powiedziała, że mają do niego przyjechać, że Tomek zawsze chciał, tylko nie ma jak. Wiedziałem, że kłamie, że usprawiedliwia go, bo tak już mu wygodnie.
Ale nie powiedziałem jej tego. Później Tomek wziął słuchawkę i mówiliśmy o wszystkim i o niczym. O pogodzie, o tym, czy padało, o Mikołaju. Na koniec tylko dodał: „Tato, w niedzielę na pewno przyjedziemy, obiecuję.
” Przełknąłem ślinę i wykrztusiłem, że to dobrze, że będzie mi miło. W niedzielę rano, po śniadaniu, Zbigniew przyszedł sam, bo umówiliśmy się, że dokończymy sypialnię. Wziął od progu skrzynkę z narzędziami i od razu zapytał: „No i co, sam pan będzie gotował na swoją rodzinę? ” – Chyba tak – powiedziałem, udając, że to nic wielkiego.
– A pana rodzina? – zapytałem, żeby odwrócić rozmowę. Zbigniew pokręcił głową: „Moja żona nie lubi niedzielnych obiadów. Woli jeść w ciągu tygodnia.
A dzieci, panie Stasiu, to już dorosłe, mają własne życie. Ale zobaczy pan, że syn pana i tak przyjdzie. ”
Tomek z Ewą i Mikołajem mieli przyjechać koło południa. Ustaliliśmy to kilka dni wcześniej.
Tomek sam powiedział przez telefon: „Będziemy koło południa, tato. Tym razem na pewno. ” Zapamiętałem to „tym razem”, bo uśmiechnąłem się wtedy pod nosem. Poprzedniego dnia zrobiłem zakupy.
Wziąłem karkówkę, porządne kiełbaski, dwie kaszanki, świeży chleb i ogórki małosolne. Musztardę sarepbską kupiłem specjalnie dla Tomka, bo innej prawie nie uznawał. Do sałatki ziemniaczanej miałem już ugotowane ziemniaki, jajka, ogórki konserwowe i trochę szczypiorku. Dla Mikołaja kupiłem sok jabłkowy i słodkie bułeczki z kruszonką.
Ewa zawsze mówiła, żeby mu nie dawać za dużo słodkiego, więc oczywiście kupiłem cztery. Punktualnie w południe na podjeździe rozległ się warkot silnika. Serce mi podskoczyło, ale zacząłem liczyć do dziesięciu, powoli, jak kiedyś w domu na pępek. Potem usłyszałem głosy.
Tomek mówił coś przez szybę, Ewa się śmiała. Drzwi samochodu otworzyły się, potem zamknęły. Na ścieżce rozległy się kroki. I nagle w drzwiach stanął Mikołaj, cały w rozpiętej kurtce, z czapką przekrzywioną na głowie, wołając: „Dziadek, dziadek!
”. Podał mi wypchanego misia i powiedział, że przyjechali, bo tata mu obiecał. Tomek wszedł w progu, uśmiechnięty, ale jakoś tak inaczej niż wtedy, gdy był chłopcem. „Cześć, stary.
Przepraszam za to spóźnienie. No wiesz, Mikołaj znowu zgubił buta. ” Podał mi rękę i już po chwili wskoczył do ogrodu, sprawdzić grilla. „O, widzę, że przygotowałeś wszystko.
To ja się stawiam za piwo, tylko muszę ogarnąć korki. ” I tak zamiast przeprosin co do nieobecności, Tomek od razu zajął się tym, co było do zrobienia. Zaczął rozpalać węgiel, grzebać w grillu i wydawać polecenia, co gdzie postawić. „Daj mi tę łopatkę, Ewa, tylko uważaj na Mikołaja.
”
Ewa weszła do środka, niosąc ciasto w pudełku. „Wzięliśmy szarlotkę, bo wiem, że lubi pan na ciepło. ” Uśmiechnąłem się, bo to było miłe. Ale w tym uśmiechu było też coś takiego, że nagle zobaczyłem, że w tym całym domu jest dwoje obcych ludzi.
Może to przez ten zapach farby, może przez ten remont. Oni usiedli przy stole, a Mikołaj biegał po ogrodzie i krzyczał, że znalazł ślimaka. Tomek wstał i powiedział: „Tata, pomogę ci, tylko powiedz. ” A ja spojrzałem na niego i przez chwilę nie wiedziałem, co mam powiedzieć.
Wszystko było podane. Sałatka, pieczywo, musztarda, karkówka zdjęta z rusztu. Tomek usiadł obok Mikołaja i pomógł mu pokroić mięso. Ewa nalała soku do szklanki i wstała, bo czegoś zapomniała.
Przez chwilę w pokoju słychać było tylko brzęk sztućców i wiercenie Mikołaja na krześle. Czułem, że muszę coś powiedzieć, żeby w końcu przestać myśleć o tym, że jestem tu zbędny. Zapytałem, jak tam w pracy. Tomek ożywił się i zaczął opowiadać, jaki to ma nowy projekt.
Ewa go wyłącznie słuchała. A ja patrzyłem na nich i nagle zrobiło mi się zwyczajnie smutno, bo to nie było to samo, co kiedyś. Przeszliśmy do deseru. Wtedy Tomek pociągnął mnie za rękaw i powiedział: „Chodź, tato, pokażę ci coś.
” Wziął ode mnie talerz, postawił go na blacie i powiedział: „Nie złość się, że wcześniej nie dzwoniliśmy, tylko jeszcze remont. ” Spojrzał w stronę sypialni i dodał szeptem, żeby Ewa nie słyszała: „Słuchaj, wiem, że jesteśmy od ciebie starsi i tak dalej, ale pozwól, że chociaż raz to my ci pomożemy. Bo to w końcu twój dzień, tato. ”
Nie zdążyłem odpowiedzieć, bo Mikołaj wbiegł do kuchni, wpadając na moje nogi, i zawołał: „Dziadek, gdzie moje bułeczki?
”. Tomek roześmiał się i spojrzał na mnie. „Może lepiej wróćmy do ogrodu, zanim ten mały zje całą szarlotkę. ” Wstał i wziął chłopca za rękę.
„Chodź, Mikołaju, pokażemy dziadkowi, jak się robi salto. ” I nagle zostałam sama w kuchni. Sam nie wiem, kiedy mój wzrok spoczął na desce do krojenia, na którą wyłożyłem wcześniej czosnek, i na miseczce z resztką sosu, który już nigdy nie będzie taki jak Helenki. Wzięliśmy szarlotkę i wyszliśmy do ogrodu.
Usiadłem na swoim starym krześle i patrzyłem na Tomka, który kucał przy trawie i bawił się z Mikołajem w ciuciubabkę. Ewa przyniosła talerzyki i zaczęła rozdawać kawałki ciasta. Podszedłem do niej, żeby wziąć swój kawałek, i powiedziałem cicho: „Dziękuję, Ewuniu, że przyjechaliście. ” A ona spojrzała na mnie i odpowiedziała tak po prostu: „To nie my, to Tomek nie umiał w niedzielę wstać wcześniej.
Ale postanowił, że jak już, to nie przeprasza, tylko przyjeżdża. I wie pan, że on naprawdę chciał. ” Czułem, że to była prawda. Może nawet coś, co chciał mi powiedzieć od dawna, ale nie umiał.
W pewnym momencie Tomek wstał, otrzepał kolana z trawy i powiedział, że musi coś sprawdzić w garażu, i zniknął. Wrócił po chwili z młotkiem i jakąś deską. „Chodź, tato, pokażę ci szpachlę, bo widziałem, że tam pod oknem odstaje listwa. Ewa powiedziała, że jak już, to trzeba to w końcu naprawić.
W końcu to twój dom, ojcze. ”
Zaskoczył mnie. Odkąd pamiętam, to ja zawsze coś w domu robiłem, a on tylko obserwował z nudów. Ale wziąłem od niego młotek, wszedłem z nim na górę i pokazałem mu, co trzeba poprawić.
Patrzył na mnie, na moje ręce, tak uważnie, jakby chciał coś zapamiętać. Przez chwilę myślałem, że coś powie, ale on tylko klepnął mnie w ramię i powiedział: „Dobrze, że jesteś. ”
Zeszliśmy na dół, kiedy usłyszeliśmy hałas z sypialni. To Zbigniew wpadł do pokoju z latarką w telefonie i zawołał: „No i jest, panie Stasiu, jest problem.
Ale taki do rozwiązania. ” Spojrzał na ścianę, przy której wcześniej stało łóżko, i wskazał na otwór w ścianie. „Pana instalacja jest trochę dziwna. Wszystko idzie tak jakby w jednym miejscu, a może mi pan powiedzieć, co tu kiedyś było?
” “Kiedyś? Nie wiem, chyba nic. Może duży obraz. ” Zbigniew przyłożył latarkę do ściany i przez chwilę patrzył na otwór.
„To nie wygląda jak zwykły gwóźdź. Mamy tu chyba sąsiada za blisko. ” Przeszedł do ściany i sprawdził przewody miernikiem. „No, i dobrze, że się za to zabraliśmy.
To mogłoby się skończyć pożarem. ”
Spojrzałem na Tomka. On spojrzał na Zbigniewa. Zbigniew powiedział: „Sam pan nie zrobi, to trzeba poprawić tu, tu i koniecznie tu.
Elektryka, listwy, drzwi. Dobrze, że pan ma pomoc. ” A Tomek odparł: „Ja mogę jutro wziąć wolne. Chyba że tata woli sam.
” – A po co mam sam, skoro mam syna. – powiedziałem, zgadzając się, i to było jak wygranie czegoś. Tomek zaprowadził Zbigniewa do pokoju, w którym był problem z prądem, i pokazał mu, co znalazł. Później wrócili do kuchni.
Usiedliśmy przy stole. Zbigniew wyciągnął paczkę papierosów, ale przewrócił ją w dłoni, bo przypomniał sobie, że nie wypada. Powiedział: „No to my tutaj jeszcze nie skończyliśmy, panie Stasiu. Ale skoro syn już jest, to ja się zmykam, bo mam jeszcze jedno zlecenie.
Ale jak coś, to wie pan, gdzie mieszkam. ” Złość mnie wzięła, że tak szybko odchodzi, bo może chciałbym dokończyć z nim tę sypialnię, ale powiedziałem tylko: „Dobrze, panie Zbigniewie, dziękuję za dzisiaj. Jest pan dobry z zawodu. ”
Tomek wstał i powiedział mniej więcej coś, co usłyszała Ewa, a co bardzo mocno utkwiło mi w pamięci: „Słuchaj, tato.
Ja wiem, że przepraszanie to nie jest moja mocna strona. Ale chcę z tobą spędzić to popołudnie. Tak jak za dawnych lat. Tylko że tym razem, to nie my musimy się opiekować tobą, tylko ty pozwól sobie pomóc.
” I patrzył mi prosto w oczy. Byłem tak zaskoczony, że wyjąkałem coś o tym, że przecież nic mi nie jest. A on powiedział: „Wiem, że ci nie jest. Ale może mi lepiej będzie, jak ci pomogę.
”
Ewa w tym czasie sprzątała ze stołu. Mikołaj nadal bawił się w trawie. W tym momencie coś we mnie pękło. Odwróciłem się do okna, żeby nie zobaczyli mojej miny.
Powiedziałem, że może jednak poprawimy te drzwi, bo rzeczywiście następny już od rana nie domykał. Tomek uśmiechnął się i powiedział do Mikołaja: „No chodź, Mikołaj, pokażemy dziadkowi, jak się z nami współpracuje. ” Mikołaj podbiegł i podskoczył: „Dziadek, a ja umiem przytrzymać wiertarkę! ” I tak, przez resztę dnia, ja z wnukiem na kolanach i synem obok, skręcaliśmy meble, wygładzaliśmy tynk i naprawialiśmy drzwi.
I pierwszy raz od długiego czasu nikt nie patrzył na zegarek. Wieczorem, kiedy zjedliśmy resztę szarlotki, a Mikołaj zasnął na kanapie, Tomek wziął kurtkę i powiedział do Ewy: „To gdzieś się przespaceruję z tatą. ” wyszliśmy przed dom, na podjazd, i przez chwilę staliśmy w milczeniu, patrząc na gaśnie w oknach reszty osiedla. Zapalił papierosa, chociaż rzucił palenie rok temu.
Wziął głęboki wdech i powiedział: „Wiesz, tato, bałem się, że przyjdzie do tego, że trzeba będzie cię do czegoś przekonywać. A ty wszystko robisz sam. Myślisz, że nie widzę? Ja widzę.
Ta ściana do malowania, ta podłoga w kuchni, pamiętam, że mama mówiła, że trzeszczy od tylu lat. ” Czekałem, aż powie coś jeszcze. Przez chwilę szukał słów, po czym dodał szeptem: „Ja nie chcę, żebyś był sam. I nie chcę, żebyś udawał, że nic się nie dzieje.
”
Chciałem mu powiedzieć, że to nieprawda, że mam tu wszystko. Ale zamiast tego powiedziałem: „Wiem, synu. ” I to była pierwsza rzecz, na którą on nie musiał mi odpowiadać. Zaciągnął się jeszcze raz, zgniótł niedopałek i zaśmiał się cicho.
„No dobra, ojcowie. Wracajmy, bo Mikołaj może obudzić się nie wiadomo gdzie. ” I poklepał mnie w ramię, a potem już weszliśmy do środka, do pełnego światła. Tej nocy, leżąc w łóżku, myślałem o tym, co by zrobiła Helena.
Widziałbym ten jej uśmiech, kiedy wjeżdżał w ogrodzenie. „No, widzisz, Stasiu, jednak przyjechali. ” A ja tak samo, do poduszki, powiedziałem to do niej. Wstałem w końcu i poszedłem do kuchni.
W odblasku okna zobaczyłem swój stary, zmęczony wyraz twarzy. Ale był to inny wyraz niż rano. Otworzyłem szafkę i wyjąłem kubek w niebieskie drobne kwiatki. Nalałem do niego herbaty.
Może już nigdy nie wypiję z niego ja, ale postawiłem go na parapecie. Gdzie stał, taki sam jak zawsze, tylko tym razem komuś potrzebny. Spojrzałem na ścianę w przedpokoju, przy której spędziliśmy całe popołudnie, i dotknąłem drzwi, które już nie trzeszczały. Potem wróciłem do okna.
Na dworze było już zupełnie ciemno. Z oddali, od domu Zbigniewa, padało ciepłe, żółte światło z okna. Pomyślałem o tym, że to nie było wcale takie złe, że ktoś mi pomógł. I że być może, nawet o tym nie wiedząc, zrobiłem coś dobrego.
Mikołaj zasnął z bułką w ręce. Tomek poszedł go przenieść do samochodu, a Ewa została w progu, obserwując ich. Przed samym wyjściem Tomek odwrócił się. „Słuchaj, tato.
Może byśmy tak w następną niedzielę u nas? Ewa zrobi twoją ulubioną zupę. A my… może byśmy skończyli ten remont.
” Przełknąłem ślinę. „Dobrze, synu. ” – „No i przyjdź wcześnie, dobrze? Tak jak ty to potrafisz.
” Uśmiechnąłem się. „Przyjdę. ” „To do zobaczenia, tato. ” Kiwnął głową, wsiadł do auta i zatrzasnął drzwi.
Stałem na ganku, dopóki tylne światła nie zniknęły za rogiem. Wróciłem do domu, zgasiłem światło w korytarzu. Przechodząc obok kuchni, zobaczyłem kubek na parapecie. Podszedłem, wyjąłem z niego zaschnięty liść i schowałem go do kieszeni.
A potem. Helena, zrobiło się dobrze. Aż za dobrze.