Kuba zszedł z góry w granatowym garniturze kilka minut po osiemnastej. Poprawił mankiet koszuli, spojrzał na zegarek i powiedział, że jego osoba towarzysząca zaraz będzie. Stałam przy kuchennym stole z telefonem w dłoni, gotowa zrobić mu kilka zdjęć, tak jak wszystkie matki przed studniówką. Nie zapytałam nawet o imię. Od paru miesięcy i tak odpowiadał mi półsłówkami.

Miał osiemnaście lat, był w klasie maturalnej i coraz częściej zamykał się w garażu po moim zmarłym mężu. Marek odszedł osiem lat wcześniej, po krótkiej chorobie, a po nim zostały narzędzia, pudła z dokumentami i stara WSK, której nigdy nie zdążył doprowadzić do porządku. Kuba postanowił ją odrestaurować. Wieczorami wracał do domu z rękami pachnącymi smarem i jadł kolację prawie bez słowa.
Usłyszeliśmy samochód na podjeździe. Przez firankę zobaczyłam kobietę w ciemnym płaszczu, z krótkimi jasnymi włosami. Wysiadła, zamknęła auto i przez chwilę patrzyła na nasz dom, jakby sprawdzała, czy dobrze trafiła.
Kiedy otworzyłam drzwi, od razu ją poznałam.
Iwona.
Młodsza siostra Marka, a właściwie jego przyrodnia siostra, o której w naszej rodzinie przez lata mówiło się tylko wtedy, gdy ktoś musiał. Miała czterdzieści pięć lat i wyglądała niemal tak samo jak podczas ostatniego spotkania po pogrzebie teścia. Wtedy pokłóciła się z Markiem o dokumenty po ojcu, udział w domu na wsi i pieniądze, które podobno miały być odłożone na jej nazwisko.
— Mamo, to jest Iwona — powiedział Kuba.
Nie „ciocia”. Po prostu Iwona.
Odsunęłam się od drzwi. Zaprosiłam ją do środka, bo sąsiedzi z naprzeciwka już pewnie słyszeli każde słowo na klatce. W kuchni stały talerzyki po serniku, który upiekłam specjalnie na ten wieczór. Iwona zdjęła rękawiczki i położyła je obok cukiernicy.
— Kuba, przyniesiesz mi szklankę wody? — zapytała.
Gdy wyszedł do przedpokoju po butelkę z torby, spojrzała na mnie.
— Powiedz mu sama — odezwała się cicho. — Nie przyjechałam tu robić awantury. Ale nie będę już udawała, że nic się nie stało.
— Nie wiem, co mu powiedziałaś.
— Mniej niż ty mu przemilczałaś.
To zdanie zabolało bardziej, niż chciałam przyznać. Sięgnęłam po czajnik i nalałam wody, choć nikt nie prosił o herbatę. Potrzebowałam przez chwilę zająć ręce czymś zwyczajnym.
Po śmierci Marka Iwona pisała do Kuby. Najpierw kartki na święta, potem dłuższe listy. Chciała go widywać, opowiedzieć mu o ojcu z czasów, których ja nie znałam. Wszystkie chowałam do teczki z polisą ubezpieczeniową i rachunkami za pogrzeb.
Wtedy wydawało mi się to rozsądne.
Po śmierci teścia Marek i Iwona miesiącami jeździli do kancelarii notarialnej. W księdze wieczystej domu na wsi pojawiły się sprawy, o których wcześniej nie wiedziałam. Iwona twierdziła, że ich ojciec obiecał jej połowę oszczędności i przepisał część działki. Marek uważał, że próbowała wykorzystać zamieszanie po pogrzebie. Nie wiem już, kto miał rację. Wiem tylko, że ostatnie dwa lata życia mojego męża minęły im bez rozmowy.
Po jego śmierci uznałam, że tę część rodziny najlepiej zostawić za sobą.
Kuba wrócił do kuchni, ale zamiast wody trzymał grubą kopertę. Położył ją na stole. Rozpoznałam charakter pisma Marka.
— Znalazłem to pod siedzeniem motocykla — powiedział. — Było owinięte w starą szmatę.
W środku leżało kilka zdjęć. Marek jako dwudziestolatek nad jeziorem, Marek z małą Iwoną na ramionach, oboje przed domem na wsi. Był też list, niedokończony, najwyraźniej napisany krótko przed chorobą. Marek pisał w nim, że chciałby pogodzić się z siostrą, ale „nie potrafi pierwszy wyciągnąć ręki”.
Usiadłam.
— Dlaczego nigdy mi tego nie pokazałaś? — zapytał Kuba.
— Nie wiedziałam o tym liście.
— Ale wiedziałaś o jej listach do mnie.
Nie odpowiedziałam od razu. Czajnik kliknął i w kuchni zrobiło się cicho.
— Wiedziałam — powiedziałam w końcu. — Bałam się, że wciągnie cię w ich konflikt. Byłeś dzieckiem.
Iwona przesunęła palcem po brzegu stołu.
— Miał dziesięć lat. Teraz ma osiemnaście.
Kuba wyjął z kieszeni jeszcze trzy koperty. Moje koperty. Te, które schowałam w szufladzie starego kredensu razem z aktem zgonu Marka i dokumentami z banku.
— Znalazłem je dwa miesiące temu, kiedy szukałem dowodu rejestracyjnego do motocykla.
Nie podniósł głosu. To było chyba najtrudniejsze.
Powiedział, że napisał do Iwony przez internet. Spotkali się kilka razy w kawiarni niedaleko rynku. Opowiadała mu o Marku: jak jako nastolatek dorabiał w warsztacie, jak bał się dentysty, jak po pierwszej wypłacie kupił jej czerwony plecak do szkoły. Rzeczy drobne, których nigdy ode mnie nie słyszał.
— Myślałam, że cię chronię — powiedziałam.
— Przed czym? Przed tym, że tata miał siostrę, z którą się pokłócił?
Nie miałam dobrej odpowiedzi.
Dopiero wtedy spojrzałam na jego garnitur i na Iwonę. Zrozumiałam, że coś jeszcze mi się nie zgadza.
— Ty naprawdę jedziesz z nim na studniówkę?
Kuba parsknął krótko i po raz pierwszy tego wieczoru wyglądał jak mój syn sprzed kilku miesięcy.
— Nie. Iwona miała tylko przyjechać ze mną tutaj. Na studniówkę idę z Michałem. Czeka pod szkołą.
Znałam Michała. Bywał u nas wiele razy, pomagał Kubie z matematyką i raz został na Wigilię, bo jego mama miała dyżur w szpitalu. Nagle przypomniałam sobie wszystkie chwile, w których przedstawiałam go znajomym jako „kolegę Kuby”, nawet gdy nikt o to nie pytał.
— Chciałem ci powiedzieć wcześniej — dodał. — O nim też. Ale skoro nie mówiłaś mi prawdy o własnej rodzinie, nie wiedziałem, czy jest u nas miejsce na moją.
Iwona odwróciła wzrok w stronę okna. Ja nalałam herbatę do trzech kubków.
Nie naprawiliśmy tamtego wieczoru ośmiu lat milczenia. Kuba pojechał na studniówkę, a przed wyjściem pozwolił mi zrobić jedno zdjęcie jemu i Michałowi przy drzwiach. Michał był spięty, więc podałam mu pudełko z sernikiem i powiedziałam, żeby oddali jutro. To było jedyne, co przyszło mi wtedy do głowy.
Iwona została jeszcze godzinę. Wyjęłyśmy z koperty stare fotografie i ułożyłyśmy je na stole według dat. Przy jednym zdjęciu powiedziała, że Marek zawsze krzywo wiązał krawat. Odpowiedziałam, że przez dwadzieścia lat małżeństwa ani razu nie nauczył się robić tego porządnie.
Kiedy wychodziła, nie objęłyśmy się. Zostawiła mi tylko numer telefonu zapisany na odwrocie paragonu z kawiarni.
Następnego ranka w kuchni stało puste pudełko po serniku, a obok leżało zdjęcie ze studniówki przysłane przez Kubę. On i Michał stali pod papierową dekoracją, obaj trochę sztywni, obaj uśmiechnięci. Postawiłam telefon obok listu Marka i zaczęłam parzyć kawę.
Po chwili wpisałam numer Iwony do kontaktów.