Kiedy ostatni goście wyszli, zaczęłam zbierać talerzyki po cieście. Na stole zostały okruszki sernika, dwie niedopite szklanki coli i świeczki, które wcześniej wyjęłam z tortu. Michał siedział przy oknie, a Paweł stał oparty o kredens. Obaj wyglądali tak, jakby czekali, aż wreszcie przestanę krzątać się po kuchni.

— Ciociu, usiądź na chwilę — powiedział Paweł.
Miałam wtedy pięćdziesiąt dwa lata. Chłopcy właśnie skończyli osiemnaście. Od trzynastu lat byli właściwie całym moim życiem.
Ich ojciec, mój starszy brat Andrzej, zginął w wypadku, kiedy bliźniacy mieli pięć lat. Ich matka zmarła dwa lata wcześniej po ciężkiej chorobie. Po pogrzebie Andrzeja sąd rodzinny ustanowił mnie ich opiekunką. Zrezygnowałam wtedy z pracy w biurze rachunkowym w Poznaniu i wróciłam do naszego rodzinnego miasteczka.
Zamieszkałam z nimi w domu, który odziedziczyli po ojcu.
Nie uważałam się za bohaterkę. Trzeba było robić śniadania, chodzić na zebrania do szkoły, pilnować dentysty i rachunków. Kiedy Paweł miał zapalenie płuc, siedziałam z nim trzy noce. Kiedy Michał nie zdał próbnego egzaminu z matematyki, znalazłam mu korepetytora, choć wtedy ledwo starczało mi z wypłaty.
Nie wyszłam za mąż. Był przez pewien czas człowiek, z którym mogło się coś ułożyć, ale mieszkał w Gdańsku i nie chciał przeprowadzać się do domu z dwójką małych dzieci. Ja nie mogłam wyjechać.
Tak po prostu zostało.
W dniu ich osiemnastych urodzin zrobiłam duży obiad. Przyjechała moja siostra Teresa z mężem, przyszli kuzyni, nawet pani Irena z sąsiedniego domu, która pamiętała chłopców jeszcze z wózka.
Po obiedzie była kawa, sernik i tort czekoladowy. Teresa nachyliła się do mnie w kuchni.
— Dobrze ich wychowałaś — powiedziała cicho.
Odpowiedziałam, że jeszcze za wcześnie na takie podsumowania.
Wieczorem zrozumiałam, dlaczego.
Paweł wyciągnął z szuflady komody teczkę.
— Chcemy sprzedać dom — powiedział.
Pomyślałam, że źle usłyszałam.
— Jaki dom?
Michał spojrzał na brata.
— Ten.
Położyłam ściereczkę obok zlewu.
Chłopcy wyjaśnili mi, że od kilku miesięcy rozmawiali ze znajomym pośrednikiem. Mieli nawet człowieka zainteresowanego kupnem. Chcieli podzielić pieniądze, wynająć mieszkania w Poznaniu, studiować i „wreszcie zacząć żyć po swojemu”.
— Rozumiem — powiedziałam. — Tylko dlaczego dowiaduję się dzisiaj?
Paweł zaczął poprawiać papiery w teczce.
— Bo dzisiaj jesteśmy pełnoletni.
Dom rzeczywiście należał do nich. Po śmierci Andrzeja obaj odziedziczyli go po połowie. Przez lata zarządzałam majątkiem jako ich opiekunka i przy poważniejszych decyzjach potrzebna była zgoda sądu rodzinnego. Teraz sami mogli decydować o swojej własności.
Nie kwestionowałam tego.
— A ja? — zapytałam.
Michał długo patrzył w stół.
— Myśleliśmy, że wynajmiesz coś małego.
Tego wieczoru nie powiedziałam wiele więcej. Wstawiłam naczynia do zmywarki, wyrzuciłam papierowe serwetki i schowałam resztę tortu do lodówki.
Następnego dnia zadzwoniłam do kancelarii prawnej. Prawniczka przejrzała dokumenty po Andrzeju i potwierdziła to, co wiedziałam. Dom należał do chłopców.
— Nikt pani jutro na ulicę nie wyrzuci — powiedziała. — Ale jeśli właściciele chcą sprzedać nieruchomość, trzeba przygotować się na rozwiązanie tej sytuacji zgodnie z prawem.
Wróciłam do domu spokojniejsza pod jednym względem. Przynajmniej wiedziałam, na czym stoję.
Gorzej było z tym, czego w dokumentach nie było.
Kilka dni później usłyszałam, jak Michał rozmawia przez telefon z pośrednikiem. Umawiał fotografa na czwartek. Nie zapytał mnie, czy będę wtedy w domu.
Wieczorem powiedziałam chłopcom, że chciałabym miesiąc lub dwa na znalezienie mieszkania.
Paweł nalał sobie herbaty.
— Kupujący naciska — odpowiedział.
— Trzynaście lat tutaj mieszkamy, Paweł.
— Właśnie dlatego wiedziałaś, że kiedyś dom będzie nasz.
Spojrzałam na niego.
— Wiedziałam.
Chyba spodziewał się kłótni. Nie dostał jej.
Zaczęłam pakować rzeczy.
Najtrudniej było z gabinetem Andrzeja na piętrze. Przez lata prawie niczego tam nie zmieniałam. Stało jego stare biurko, regał z książkami i metalowa szafka, której chłopcy używali potem na zeszyty.
Dwa tygodnie po urodzinach Michał poprosił mnie, żebym opróżniła pokój, bo kupujący chciał go obejrzeć.
W dolnej szufladzie biurka znalazłam kopertę wsuniętą pod stare rachunki za prąd.
Na kopercie było moje imię.
Pismo Andrzeja poznałam od razu.
Usiadłam na podłodze i najpierw przejrzałam zawartość. Była tam kopia odręcznie sporządzonego testamentu oraz kartka z nazwiskiem notariusza, u którego Andrzej wcześniej konsultował sprawy dotyczące dzieci.
Testament nie dotyczył domu. Andrzej wyraźnie pozostawiał go synom.
Był jednak jeszcze zapis dla mnie. Określona suma miała zostać wypłacona z pozostałych oszczędności chłopców po osiągnięciu przez nich pełnoletności, pod warunkiem że do tego czasu będę sprawowała nad nimi opiekę.
Nie próbowałam sama rozstrzygać, czy dokument po tylu latach nadal coś znaczy. Następnego ranka zaniosłam go do prawniczki. Potem sprawa trafiła do sądu rejonowego, bo odnaleziony testament wymagał formalnego zbadania i ogłoszenia.
Dopiero wtedy powiedziałam chłopcom.
Siedzieliśmy przy tym samym kuchennym stole.
— Wasz ojciec zostawił jeszcze jeden dokument — powiedziałam.
Paweł od razu zapytał o dom.
— Dom jest wasz. Tego nie zmienił.
Michał spojrzał na papiery.
— To o co chodzi?
Przesunęłam w ich stronę kopię testamentu.
Czytali długo.
Andrzej napisał tam również kilka zwyczajnych zdań. Nie było wielkich słów. Prosił synów, żeby pamiętali, że człowiek, który zostanie z nimi po jego śmierci, będzie musiał zmienić całe swoje życie.
Paweł pierwszy odsunął kartkę.
— Wiedziałaś o tym?
— Znalazłam dwa dni temu.
— I naprawdę chcesz tych pieniędzy?
Wstałam, żeby wyłączyć czajnik.
— Nie wiem jeszcze, co sąd zdecyduje — odpowiedziałam. — Ale jeżeli pytasz, czy po trzynastu latach mam się ich wstydzić, to nie.
Michał nic nie powiedział.
Kilka miesięcy później wynajęłam dwupokojowe mieszkanie trzy ulice dalej. Chłopcy sprzedali dom, choć za mniej, niż początkowo planowali. Sprawa testamentu trwała dłużej, niż wszyscy zakładaliśmy, ale zapis został ostatecznie uwzględniony.
Za część pieniędzy kupiłam nieduże mieszkanie na własność. Pierwszy raz od wielu lat klucze, które nosiłam w torebce, były tylko moje.
Z chłopcami przez pewien czas prawie się nie widywałam.
W listopadzie, przed Wszystkimi Świętymi, Michał zadzwonił i zapytał, czy jadę na cmentarz do ojca. Powiedziałam, że w sobotę rano.
Przyjechali obaj.
Na grobie Andrzeja było mokro od deszczu. Paweł poprawił znicz, który ciągle gasł od wiatru. Michał wyjął z kieszeni zapałki.
— Ciociu — zaczął.
Spojrzałam na niego, ale niczego mu nie ułatwiłam.
Przez chwilę grzebał butem w żwirze.
— Możemy potem wpaść do ciebie na herbatę?
Miałam w domu tylko kawałek makowca kupiony dzień wcześniej w osiedlowej piekarni.
— Możecie — odpowiedziałam. — Tylko trzeba dokupić mleko.
Paweł skinął głową.
— To po drodze zajedziemy do sklepu.
I na tym wtedy skończyliśmy.