Zanim wrócę do tamtych wydarzeń, muszę powiedzieć jedno: dwanaście tysięcy złotych na rękę. Tyle mniej więcej wpływało co miesiąc na moje konto. Dla wielu ludzi to były naprawdę dobre pieniądze i ja też nie zamierzałem narzekać. Tyle że nikt nie widział, ile mnie kosztowały.

Mam czterdzieści pięć lat i od ponad dwudziestu pracuję w logistyce. Teraz kieruję działem dostaw w dużej sieci marketów budowlanych pod Wrocławiem. Na papierze brzmi porządnie. Własny gabinet, służbowy telefon, samochód, premia.
W praktyce to ciągłe telefony od kierowców, opóźnione transporty, braki na magazynach i ludzie, którzy przypominają sobie o problemach dopiero wtedy, gdy problem staje się pożarem. Wracałem do domu zmęczony, ale i tak zawsze znajdowało się coś do zrobienia. Mieszkaliśmy z Ewą i Natalią w domu na obrzeżach Wrocławia. Nie był ogromny, ale miał ogród, taras i garaż.
Przez lata byłem z niego dumny. Sam wybierałem panele, sam skręcałem meble w pokoju Natalii, sam kładłem deski na tarasie. Człowiek myśli sobie wtedy, że buduje bezpieczne miejsce dla rodziny, że każda wbita śruba, każda pomalowana ściana coś znaczy. Latem odświeżyłem cały taras, bo Ewa rzuciła kiedyś przy kawie, że drewno wygląda już smutno.
Nie poprosiła mnie wprost. Wystarczyło jedno zdanie. Następnego dnia po pracy pojechałem po impregnat, a potem przez dwa weekendy szlifowałem deski na kolanach. Płot też pomalowałem.
Rynnę naprawiłem. W garażu wymieniłem Natalii klocki hamulcowe, bo w warsztacie powiedzieli jej, że koszt będzie wynosił prawie dwa tysiące złotych. – Paweł, przecież to rozbój w biały dzień – powiedziała Ewa. Zrobiłem to więc sam.
Natalia nie była biologicznie moim dzieckiem. Ewa poznała mnie, gdy dziewczynka miała trzy lata. Ojciec Natalii wyprowadził się, zanim ta zaczęła mówić pełnymi zdaniami. Nigdy nie mówiłem o niej „pasierbica”.
Mówiłem „moja córka”. I myślałem o niej jak o własnej. Trzymałem jej rower, gdy uczyła się jeździć bez bocznych kółek. Spałem na podłodze w jej pokoju przez dwa tygodnie, gdy miała grypę żołądkową.
Nauczyłem ją jeździć na nartach, gdy miała dziesięć lat. Wszystko to przewijało mi się przez głowę, gdy w sobotę rano Ewa przyszła do gabinetu i położyła przede mną telefon z otwartym sklepem internetowym. – Popatrz – powiedziała. – Zniżka do końca tygodnia.
Na ekranie widniała damska kurtka zimowa. Kosztowała tysiąc czterysta złotych. Taka z puchu, do kolan. – Ewa, mamy już zimę, styczeń.
– W styczniu są wyprzedaże. Nigdy nie wiesz, kiedy ci się przyda. W końcu kupiłem ją jej, bo zmiękła mi po dwóch dniach. Pakunek przyszedł w środę.
Ewa przymierzyła kurtkę przed lustrem w przedpokoju, obracała się, układała włosy. – No i jak wyglądam? – Świetnie wyglądasz. Milczała chwilę, a potem powiedziała do lustra:
– Ewa, ta kurtka będzie wisiała w szafie do marca.
W tym domu nikt niczego nie planuje. Wyszła do kuchni. Zostawiła mnie w przedpokoju z nową kurtką w pudełku i tym jednym zdaniem w głowie. Chciałem za nią iść, zapytać, co to znaczyło, ale ruszyłem się dopiero po dłuższej chwili.
Pomyślałem, że może po prostu ma gorszy dzień. Mówiłem sobie, że postaram się częściej być w domu, że wezmę wolne w przyszłym miesiącu. W poniedziałek Ewa wyszła do pracy wcześniej, a do Natalii napisała na grupie rodzinnej: „Mamo, wrócę w piątek. Pamiętajcie o tych moich spodniach!
”. Dodała pod spodem: „Dramat level expert”. Obie śmiały się przy tym do kamery. Potem przyszedł czwartek.
Tego wieczoru wróciłem do domu około dwudziestej. Ewy jeszcze nie było, ale w sypialni paliło się światło. Weszła z łazienki z mokrymi włosami, w szlafroku. Na łóżku leżała otwarta jasna walizka.
– Wyjeżdżasz gdzieś? – zapytałem. – Na weekend. Z Dorotą i Renatą.
– A przewodnik po bufecie? – próbowałem żartować. Nie uśmiechnęła się. – Nie zamierzam spędzić tam całych wakacji.
Tylko kilka dni. – Tam? – W chorwackiej Dalmacji. Dorota ma znajomych z łódką.
Uściskała mnie lekko. Poczułem zapach jej szamponu, ale zanim zdążyłem ją przytrzymać, uwolniła się z uścisku. – To znaczy, trzeba było się zdecydować wcześniej. Przez dwa dni zwlekałeś z urlopem i już jest po terminie – powiedziała.
Naciągnęła bluzę, zgarnęła ładowarkę ze stolika. Spojrzałem na nią i poczułem nagłą suchość w ustach. – Ile lat? – Co?
– Ile lat macie to małżeństwo z tym telefonem? Drugi raz w tym tygodniu zobaczyłem u niej taką złość. Zacisnęła usta, ale nie podniosła głosu. – Słuchaj, przeżyłeś swoje.
A ja chcę wreszcie żyć. Wyszła z sypialni, a ja zostałem sam. Przez chwilę wydawało mi się, że to ja jestem problemem. Potem z cichym trzaskiem zamknęła drzwi do łazienki.
Następnego dnia rano wyjechała na lotnisko. W czwartek wieczorem, dwa dni po jej wyjeździe, przeglądałem skrzynkę mailową, gdy otworzyłem wiadomość z firmy kurierskiej. Dziękowali za skorzystanie z ich usług. W środku był adres i numer zamówienia.
Zamówieniem było urządzenie wielofunkcyjne. Nie przypominałem sobie, żebym cokolwiek zamawiał. Sprawdziłem mój adres. To był nasz adres.
Zadzwoniłem na infolinię. Pracownik potwierdził, że paczka ma być dostarczona. Podał mi ostatnie cztery cyfry karty. – Niech pan poda pełny numer – poprosiłem.
Podał. Cały czas patrzyłem na to, co trzymałem w ręku. To był numer mojej złotej karty. Zamówienie było na moje nazwisko.
Ja nie zamawiałem drukarki. Może więc Ewa potrzebowała jej do pracy zdalnej. To tłumaczyłoby także kod dostępu. Kiedy byłem u niej po urlopie, jej laptop leżał na stole w kuchni, a na ekranie były widoczne ikony rachunków.
Tylko że Ewa nigdy nie miała problemu z obsługą urządzeń, a poza tym nie znosiłam, gdy ktoś używał jej komputera. Zostawiłem ten trop. Może powinienem był od razu zadzwonić do banku. W piątek po południu wróciłem z pracy wcześniej.
W domu było cicho, a w przedpokoju stała paczka. Duży karton, niezbyt ciężki. Wziąłem go do garażu, położonego obok domu, z bramą od podjazdu. Otworzyłem karton.
W środku był duży, metalowy kontener. Widok tego urządzenia był jak kopniak od środka – to była kopia kontenera, który stał na tarasie, skrywając stare grille, które istniały tylko w opowieściach Ewy. Zostawił mi wiadomość na głosowej skrzynce. Jego głos był zmęczony.
Powiedział, że komornik złożył zabezpieczenie na części pensji, wynoszące połowę mojej wypłaty. Zacząłem się pocić. Próbowałem się uspokoić, ale moje ręce drżały, gdy wybierałem numer do biura rachunkowego, które od lat prowadziło rozliczenia Ewy. Pan Marek, po dłuższej chwili, powiedział, że rozliczenia są prowadzone do końca miesiąca, a zaliczki banku na kontrakt nie wpływają, z czego zdaję sobie sprawę.
Byłem skołowany. Kiedy podszedłem do domu, zobaczyłem, że na kanapie w salonie siedzi siostra Ewy, Beata. Nie widziała mnie. Pochylała się nad stołem.
Na blacie leżały otwarte koperty, a trzymała w ręku dokument. Gdy tylko mnie zauważyła, zgarnęła papiery do środka i wstała. – Beata, co ty tu robisz? – Papiery po twojej matce?
– powiedziała z naciskiem. – Przychodzę od Natalii. Ewa zablokowała jej konto.