Wszyscy powtarzali to jedno zdanie, jakby ktoś rozdał im tę samą kwestię do nauczenia. Jakby wystarczyło wypowiedzieć je głośno, a ono zacznie obowiązywać. Sąsiadka przez płot, pani w sklepie, ten od gazów, wszyscy mówili to samo. Ja słuchałem i kiwałem głową, bo co miałem mówić.

Ale wiedziałem swoje. Wiedziałem, że tak się nie kończy. W bagażniku miałem starą piłkę do metalu jeszcze z czasów autobusu. Leżała tam owinięta w szmatę, na samym spodzie, obok koła zapasowego i lejka do oleju.
Wyjąłem ją, kiedy wróciłem do domu, i położyłem na stole w kuchni. Brzeszczot był trochę zardzewiały, ale ostry. Przez trzydzieści osiem lat woziłem ludzi linią PKS z Brzezin przez Koluszki do Łodzi i z powrotem. Znałem każdy zakręt, każdą dziurę w asfalcie, każde drzewo przy drodze.
Wiedziałem, gdzie trzeba zdjąć nogę z gazu, a gdzie można dodać. I wiedziałem coś jeszcze. Wiedziałem, że jak się jedzie tą samą trasą przez całe życie, to w końcu zaczynasz widzieć, co się zmienia. Tą drogą woziłem dzieci do szkoły.
Dziewczyny do liceum, chłopaków do zawodówki, a potem już ich dzieci. Tą drogą woziłem ludzi do pracy w Koluszkach, baby na targ do Brzezin, starych do lekarza. A kiedyś, któregoś wieczoru, to właśnie tą drogą nie mogła przejechać karetka. Pamiętałem to dokładnie.
To było dawno temu, jeszcze zanim postawili ten paskudny płot i zanim w ogóle ktoś wymyślił, żeby wam ją odebrać. Przez pierwsze tygodnie po tym, jak zamknęli drogę, chodziłem do Janka prawie codziennie. Wchodziłem do szklarni i uderzał mnie ten zapach ciepła, wilgotnej ziemi, pomidorowych liści, czegoś zielonego i żywego. Janek chodził między rzędami z konewką i mówił do sadzonek jak do dzieci, bo dzieci dopiero miały się pojawić.
Jego żona Renata była w ciąży, bardzo już zaawansowanej. A ja patrzyłem na te sadzonki i myślałem o tym, że one potrzebują drogi. Bez niej nie było jak dojechać do szklarni. Nie było jak dowieźć rozsady, nie było jak wywieźć warzyw, nie było jak dojechać do ich domu.
Otoczyli ich polem, które sprzedali deweloperowi, i zamknęli im jedyny dojazd. Pod sam dom podjechać nie mogli. Wszystko musieli nosić na plecach, kawałek pieszo od miejsca, gdzie kończył się ich grunt, a zaczynał cudzy. Mój brat Janek to nie jest człowiek, który by się awanturował.
Zawsze taki był. Cichy, spokojny, pracowity. Przejął gospodarstwo po naszym ojcu, prowadził to, co ojcowie zostawili. A teraz ktoś mu to zabrał.
Nie wypowiedział wojny, nie przyszedł z pistoletem. Przyszedł urzędnik ze złą mapą i łańcuchem. Przeciągnął go między dwoma słupkami, które wbił w ziemię bez pytania, i powiedział, że dalej nie wolno. Tą drogą jeszcze nasz ojciec woził mleko bańkami na furmance do zlewni.
Tędy my jeździliśmy na rowerze do szkoły, a potem kiedy już byłem za kierownicą, czasem skracałem sobie nią przejazd do domu. Była nasza. Zawsze była nasza. Aż do teraz.
Zresztą nie tylko nasza. Jakiś tydzień temu ktoś z gminy dzwonił do Janka. Ja akurat byłem u niego w szklarni, pomagałem przesadzać rozsadę. Janusz, jego sąsiad z drugiej strony, też był.
I ten urzędnik mówi przez telefon, że droga została zamknięta prawomocną decyzją, że trzeba się pogodzić, że to nie na ich głowach trzeba szukać winy, tylko że taki jest obrót sprawy. Janek słuchał, bladł, ale nie przerywał. Dopiero jak tamten skończył, powiedział tylko: „To niech pan przyjedzie i sam pan zobaczy, jak się żyje bez drogi do domu”. I się rozłączył.
Poszedłem wtedy do Janka. Usiedliśmy w kuchni, a on postawił przede mną dwie szklanki i butelkę. Wypiliśmy po jednej, potem po drugiej. I wtedy powiedziałem mu, że mam plan.
Że nie zamierzam patrzeć, jak mu to robią. Że coś trzeba z tym zrobić. A on na to: „Co ty zrobisz, Bronku? Ty całe życie za kółkiem.
Ty myślisz, że jak się coś uprze, to się jedzie do końca. A tu nie ma przystanku. Tu jest pole”. Może i masz rację, powiedziałem.
Ale ja dojeżdżałem do końca trasy zawsze, nawet jak były objazdy. Nawet jak droga była zablokowana, to szukałem innej. A tu jest jedna droga i oni ją nam zabrali. Następnego dnia pojechałem do Brzezin.
Do starostwa. Wiedziałem, że nie załatwię tego przez telefon, że trzeba przyjść, usiąść, porozmawiać. Ktoś mi mówił, że jest tam wydział, który tym zarządza, ktoś od dróg, ktoś od geodezji. Poszedłem do okienka, podałem nazwisko.
Powiedzieli, że pani inspektor przyjmuje po południu. Usiadłem na korytarzu na ławce, obok jakiegoś faceta, który trzymał w ręku plik dokumentów w tekturowej oprawce. Czekałem taką chwilę, aż zawołali moje nazwisko. Wszedłem do gabinetu, a tam za biurkiem siedziała kobieta w średnim wieku, w okularach na łańcuszku.
Zapytała, w czym mogę pomóc. Wyjąłem z kieszeni kserokopię mapy, tę, którą przyniósł mi Janek. Rozłożyłem na blacie i powiedziałem: „Proszę pani, to jest droga do gospodarstwa mojego brata. Tu mieszka, tu ma szklarnię, tu w piątek ma wrócić z porodu jego żona z dzieckiem.
A państwo na tej mapie widać, że droga została przecięta. Ktoś zamknął dostęp do gruntu, który zawsze miał przejazd”. Pani inspektor wzięła ode mnie papier, obejrzała go pod światło, odwróciła, popatrzyła na drugą stronę, gdzie była pieczątka i podpis. Skrzywiła się, pokiwała głową.
„Panie pośle”, powiedziała, a właściwie to było „panie Bronisławie”, bo sprawdziła moje dane. „To nie jest droga, która należy do pana. To jest droga gminna. Została zamknięta decyzją administracyjną, która jest prawomocna.
Nie mam podstawy, żeby to cofnąć. To nie ja podpisywałam tę decyzję. To nie na moim biurku to leży”. „A czyja to decyzja?
”, zapytałem. „Wydział geodezji i gospodarki nieruchomościami. Ale tam pana skieruję, jeśli pan chce. Tylko nie wiem, czy coś wskóra”.
Podziękowałem i wyszedłem. Ale nie poszedłem do geodezji. Poszedłem do domu, wyciągnąłem z szuflady stary notes, taki w kratkę, i zapisałem sobie kilka rzeczy. Po pierwsze, kto siedzi w radzie gminy, kto podpisywał uchwałę o zamknięciu drogi, kto był w komisji.
Po drugie, jak nazywa się przewodniczący rady. Po trzecie, czy jest możliwość wystąpienia o przywrócenie drogi, jeśli ma się dowody, że służyła nie tylko jednemu gospodarstwu, ale całej społeczności. Bo pamiętałem z czasów kursów, że były takie sprawy. Że droga, która łączyła wsie, która prowadziła do pól i lasów, nie mogła być tak sobie zamknięta.
Trzeba było przeprowadzić procedurę, wydać decyzję, dać szansę na odwołanie. W poniedziałek pojechałem do urzędu gminy. Wziąłem kartkę, na której spisałem wszystko: daty, nazwiska, numery decyzji, które udało mi się ustalić. Stanąłem w kolejce do okienka, a jak przyszła moja kolej, położyłem tę kartkę na blacie.
Dziewczyna zza szyby spojrzała na nią, potem na mnie, i powiedziała, że takie sprawy załatwia się na piśmie. Że muszę złożyć wniosek. „To proszę mi podać ten wniosek”, powiedziałem. „Podam pani tytuł”.
Ona na to, że nie ma już druków, że trzeba wziąć z internetu. Wyszedłem, wróciłem do domu, włączyłem komputer. Syn, który kiedyś przyjeżdżał w odwiedziny, nauczył mnie, jak się wchodzi do internetu. Mój brat Patryk, ten od szklarni, to nie, on nie.
Ale ja się nauczyłem otwierać strony i szukać. Znalazłem wzór podania, wydrukowałem, wypełniłem odręcznie w środku tydzień. Zaniosłem, złożyłem, potwierdzili mi przyjęcie z pieczątką. Czekałem.
Tydzień, dwa. Potem zadzwonili z gminy, że moje podanie wpłynęło, ale jest kompletne, tylko trzeba dopłacić opłatę skarbową. Pojechałem do kasy, uiściłem. I znowu czekanie.
A Janek z dnia na dzień robił się coraz bardziej przybity. Renacie zostało już niewiele do terminu. Miała termin za trzy tygodnie. Ja liczyłem dni i układałem w głowie scenariusze.
Co zrobię, jak w piątek wieczorem zadzwonią, że zaczęło się. Bo karetka nie dojedzie. A ja nie mam prawa jazdy na karetkę, ale mam prawo jazdy na autobus i samochód osobowy. I mam samochód, choć stary.
Mogę odwieźć. Ale droga jest zablokowana. Tą drogą nie przejadę. Objazd?
Jaki objazd? Kawał ściętego zboża? Pole, które należy do kogoś innego? Nie.
Pojechałem do starostwa w Brzezinach, do wydziału komunikacji, i zażądałem dostępu do dokumentów. Powiedziałem, że występuję o udostępnienie informacji publicznej w sprawie drogi. Patrzyli na mnie jak na wariata, ale pani w okienku podała mi wniosek, wypełniłem. I wtedy zrobiłem coś, co mnie samego zaskoczyło.
Poszedłem do prawniczki. Do mecenas Wiesławy Tomaszczyk. To ta sama, co prowadzi kancelarię w Brzezinach, na parterze w kamienicy przy rynku. Kiedyś woziłem ją do pracy, zanim otworzyła kancelarię, jeszcze jak pracowała w sądzie.
Przyjąłem umowę zlecenia? Nie, nie podpisywałem jeszcze. Ale umówiłem się na spotkanie. W piątek w południe.
Pojechałem tam, usiadłem w gabinecie, a ona słuchała. Kiedy skończyłem, zdjęła okulary, położyła na biurku i powiedziała:
„Panie Bronku, to jest bardzo poważna sprawa. Z pana opisu wynika, że droga została zamknięta bez przeprowadzenia postępowania, które wymagałoby zgody wszystkich stron. To jest droga, która służy nie tylko pana bratu, ale też innym gospodarstwom, i to może stanowić służebność przejazdu.
Są orzeczenia sądów, które mówią, że jeżeli droga jest jedynym dojściem do nieruchomości, to nie można jej pozbawić właściciela. To jest wręcz konstytucyjne prawo własności”. Słuchałem tego i czułem, że coś we mnie rośnie. Niby nikła nadzieja, ale zawsze jakaś.
„Co mam zrobić? ”, zapytałem. „Po pierwsze, piszemy wniosek o przywrócenie drogi do stanu poprzedniego. Po drugie, składamy do sądu wniosek o zabezpieczenie powództwa o ustanowienie służebności drogi koniecznej.
To jest taki wniosek, który można złożyć bez pozwu, żeby sąd tymczasowo uregulował dostęp do nieruchomości. I po trzecie, skoro pan mówi, że zamknięto ją w sposób nieprawidłowy, to składamy skargę do wojewody na decyzję, która to uczyniła. Oczywiście trzeba szukać, czy ta decyzja w ogóle istnieje. Bo z tego, co pan opowiada, to w ogóle nie było decyzji, tylko jakaś wzmianka w ewidencji.
A to nie wystarczy”. Wziąłem od niej kilka druków, wróciłem do domu i przez cały weekend siedziałem nad nimi. Rozpisałem wszystko na kartkach, daty, które pamiętałem, nazwiska, które ustaliłem. W niedzielę wieczorem zadzwonił Janek.
„Bronku, wiesz, co się stało? Ktoś przyjechał, wbił nowe słupki. Przesunął łańcuch jeszcze kawałek dalej. Teraz to już nawet nie dojdę pieszo do tej drogi, co trzeba”.
Powiedziałem mu, żeby nic nie ruszał, żeby nie wychodził, nie awanturował się. I że rano jadę do gminy. W poniedziałek rano byłem pierwszy pod drzwiami urzędu. Stary znajomy, co pracował w ochronie, wpuścił mnie do środka, zanim przyszli urzędnicy.
Usiadłem na ławce pod ścianą z takim planem, żeby widzieć drzwi. Jak weszła sekretarka z gminy, wstałem i powiedziałem, że chcę się widzieć z wójtem. Powiedziała, że wójt przyjmuje w środy, ale jeżeli pilne, to może zastępca. Odpowiedziałem, że pilne, bo chodzi o ciężarną kobietę i zamkniętą drogę.
Przyjął mnie zastępca, młody chłopak, może trzydziestka, w garniturze, ale z takim wyrazem twarzy, jakby już słyszał wszystkie sprawy i wszystkie wymówki. Wyszedłem z referatu, wyłożyłem na biurku pismo od mecenas i powiedziałem:
„Proszę pana. To jest droga do gospodarstwa. Mój brat ma tam żonę w ciąży, ma szklarnię, z której się utrzymuje.
Państwo mi to zamknęliście”. Przesunąłem palcem po mapie. A on na to: „Panie pośle, to nie są żadni państwo. To jest decyzja, która zapadła w imieniu prawa.
Ja w tej sprawie nie mam nic do powiedzenia”. „To kto ma coś do powiedzenia? Kto to podpisał? Niech mi pan poda nazwisko”.
Zaczął się wiercić, przerzucać papiery, udawać, że szuka. „To nie jest takie proste. To nie polega na tym, żeby podać nazwisko z palca”. „A właśnie, że polega.
Ja całe życie pracowałem w transporcie. Jak kurs był, to jechałem do końca. Tu pan mi mówi, że kurs skończony, a przystanek jest. Tylko że wy zlikwidowaliście przystanek.
Na pańskim biurku leży pismo z adwokatem, w którym jest napisane, że wzywamy do przywrócenia stanu sprzed zamknięcia. I to jest urzędowe. Ja to zostawiam panu na biurku, a pan sobie to przeczyta, jak pan znajdzie czas”. Wyszedłem trzaskając drzwiami.
Wróciłem do samochodu, usiadłem za kierownicą i musiałem chwilę posiedzieć, bo ręce mi się trzęsły. Nie ze strachu. Ze złości. W środę zadzwonił Janusz, nasz wspólny znajomy z czasów PKS-u.
Mówi: „Słuchaj, coś ty narobił? W gminie o tobie gadają. Podobno chciałeś wójtowi grozić”. „Ja nic nie groziłem”, powiedziałem.
„Ja tylko zostawiłem pismo. A jak oni myślą, że to groźba, to niech sobie myślą. Ważne, że mają na piśmie”. Ale to nie był koniec.
W czwartek rano przyszedł do mnie list polecony. Z urzędu gminy. Myślałem, że jakaś odpowiedź na moje pismo. Otwieram, a tam decyzja administracyjna, którą oni mi przysyłają, że wzywa się mnie, abym nie naruszał stanu posiadania na działce nr takiej, bo grozi mi grzywna.
Że jak dalej będę podważał decyzję, to mnie skierują do sądu. Zadzwoniłem do mecenas. Przeczytała mi to przez telefon, brzmiało znajomo. „Panie Bronku, to jest standardowe pismo.
Takie się wysyła w takich sytuacjach. Czasem to tylko papier, ale niech pan im nie podskakuje. My się tym zajmiemy”. Złożyła wniosek do sądu.
Ja w międzyczasie zbierałem dokumenty. Poszedłem do znajomego na geodezji, którego woziłem na trasie, taki student, teraz już inżynier. Poprosiłem go o mapę ewidencyjną sprzed lat, taką z archiwum, gdzie widać, że droga biegła, zanim cokolwiek tam zamknięto. On wyciągnął z powiatowego ośrodka dokumentacji stary sztych, z tego jeszcze przed komputeryzacją, powiedział, że to jest legalna kopia, płatna, ale da mi zrobić ksero bez opłat, bo to dla sprawy.
Wyciągnął też zewidencję, w której była wpisana droga jako gminna, z dopiskiem „droga wewnętrzna, ogólnodostępna”. I jeszcze jedną rzecz, która była kluczowa. Notatkę w aktach, że w tej sprawie było już jedno postępowanie, w latach dziewięćdziesiątych, o uregulowanie stanu prawnego, i że droga została pozostawiona, bo nie było podstaw do jej zniesienia. „Proszę pana”, mówił ten inżynier, bo właściwie nazywał się Patryk, ale on to mówił cicho, „to jest dowód.
To jest dokument, który mówi wprost, że ta droga nigdy nie została formalnie zlikwidowana. To, co zrobili teraz, to jest jakaś zamknięta ewidencja, ale to nie przeszło przez żadną procedurę. Jak pan to pokaże w sądzie, to ja bym to powiedział”. Zabrałem te papiery, podziękowałem i pojechałem do mecenas.
Położyła obok siebie kopie, przejrzała je dokładnie, a potem spojrzała na mnie z taką miną, jakby zobaczyła coś zupełnie nowego. „Panie Bronku, to zmienia postać rzeczy. Jeżeli to prawda, a wygląda na to, że tak, to my mamy bardzo mocne podstawy do tego, żeby uderzyć w samo sedno. Ta decyzja o zamknięciu drogi jest nieważna, bo została wydana bez podstawy prawnej.
Ja to panu załatwię. Tylko niech pan nie robi nic na własną rękę. Proszę mi obiecać”. Obiecałem.
Wracałem do domu i czułem, że coś mi ulżyło. Może nie wygrane, ale przynajmniej to, że walczymy dalej. W poniedziałek po południu zadzwoniła do mnie mecenas Tomaszczyk. „Panie Bronku, mam dla pana dobrą wiadomość.
Wniosłam do sądu o zabezpieczenie i sąd to uwzględnił. Jest postanowienie, że do czasu prawomocnego rozstrzygnięcia sprawy wójt ma przywrócić dostęp do działki pańskiego brata. To znaczy, że mają zdjąć ten łańcuch. W ciągu siedmiu dni.
Jak tego nie zrobią, to my zwrócimy się do komornika”. Poczułem, że serce mi bije szybciej. „To kiedy to będzie? Bo moja bratowa ma termin lada tydzień”.
„Już nie będzie pan musiał czekać. Ja to samo postanowienie przywiozłam do urzędu gminy, doręczyłam do sekretariatu. Jak jutro nie zdejmą, to my idziemy do komornika”. Następnego dnia rano zadzwonił Janek.
Głos miał inny niż ostatnio. Jakby ktoś mu przywrócił głos w ogóle. „Bronku, słuchaj. Byli ludzie z gminy.
Zdjęli łańcuch. Wyciągnęli słupki. Mówili, że to chwilowo, ale że mają takie pismo z sądu. Powiedziałem im, że czekam na takie pismo od lat.
No, ale zdjęli. Mówię ci, zdjęli! ”. Pojechałem do niego po południu.
Stałem przy tej drodze, patrzyłem na odzyskany dojazd, na gołą ziemię, gdzie jeszcze niedawno był łańcuch. Janek też stał, ręce w kieszeniach, kręcił głową. „Nie wierzyłem, że się da” – powiedział cicho. „Ale się dało.
Ty się uparłeś, Bronku”. W sobotę rano zadzwoniła Renata. Powiedziała, że się zaczęło. Janek wpadł w panikę, ale ja już stałem w kurtce, z kluczykami w ręku.
„Pojedziemy moim autem”, powiedziałem. „Naprawdę? A jak będzie padać? Bo to tylko kilkaset metrów, ale do samego domu nie dojedzie, trzeba z jednej strony pola, ale obiecali zdjąć, to może akurat.
Nie denerwuj się, jedziemy”. Wziałem ich do mojego samochodu. Janka, Renatę, do szpitala do Brzezin. Odpaliłem silnik, włączyłem kierunkowskaz, wyjechałem na tę drogę, która była zamknięta.
Przejechałem przez miejsce po zdjętych słupkach, po tych dwóch wgłębieniach w ziemi, które do wiosny miały zarosnąć trawą. Ale nie zarosną, bo tędy będzie się teraz jeździć. Zobaczę, że oni odebrali tą drogę, a ja im ją oddałem. W szpitalu przywieźli ich na izbę przyjęć, a ja zostałem na korytarzu.
Siedziałem na plastikowym krześle, słuchałem cicho płynącego radia, patrzyłem na drzwi, za którymi zniknęła Renata. Po godzinie wyszedł Janek, cały w skowronkach, ale zmęczony. „Chłopak”, powiedział. „Mamy syna”.
Nie chodziło o to, kto ma rację w urzędzie. Nie chodziło o decyzje, o uchwały, o mapy. Chodziło o to, żeby po prostu dojechać. Zamknął się kurs, ale nowy się zaczął.
Droga wracała do początku, jak każdy dobry kurs, który zamyka się tam, gdzie się zaczął. Wróciłem do domu, do swojego nowego, pustego rytmu, ale po drodze zatrzymałem się na chwilę przy tym miejscu, gdzie stały słupki. Wysiadłem, podszedłem, popatrzyłem na ślady w błocie. I wtedy coś we mnie puściło.
Wszystko, co się wydarzyło, cała ta złość, cały ten trud, wszystko spłynęło ze mnie jak woda. Stałem tam, w polu, sam jak palec, i płakałem. Pierwszy raz od bardzo dawna. Ale to nie były łzy rozpaczy.
To była ulga. Taka właśnie była ta droga do brata. Najważniejszy kurs, jaki kiedykolwiek zrobiłem.