Staszek rzucił coś w jej stronę niedbale, nawet nie odrywając wzroku od ekranu telewizora. Słowo „dziękuję” oczywiście nigdy nie przeszło mu przez usta. Aleksandra postawiła przed nim talerz z dymiącym mięsem i frytkami, postawiła przed resztą mężczyzn ich porcje, po czym wycofała się do kuchni, zasuwając za sobą drzwi. Opłukała ręce w zimnej wodzie, oparła się o zlew i zamknęczyła oczy.

W uszach wciąż dudnił jej śmiech Staszka, jego donośne komentarze o szefie, o polityce, o tym, że „kobieta powinna siedzieć cicho, jak ma męża, co zarabia”. Przełknęła ślinę, otworzyła oczy i spojrzała na swoje odbicie w szybie okna. Babcia zawsze powtarzała: „Ola, nie bądź czyjaś ścierka do podłogi”. Aleksandra zawsze się wtedy uśmiechała i machała ręką.
Ale dziś to zdanie wróciło do niej z niespodziewaną mocą. Kiedy w piątkowy wieczór wchodzili do mieszkania, zawsze robili to w tym samym stylu. Najpierw trzasnęły drzwi wejściowe, potem rozległo się tupanie ciężkich butów, śmiechy, przekleństwa i metaliczny brzęk butelek. Stanisław, jej mąż, od progu wołał coś w rodzaju „Kochanie, jesteśmy!
”. Nie pytał, czy może zaprosić gości. Nie pytał, czy ona ma ochotę na towarzystwo. Po prostu otwierał drzwi i wpuszczał do ich domu całą zgraję swoich kompanów z pracy i z wojska.
Aleksandra, jak automat, odwieszała fartuch, wycierała ręce i szła do kuchni, żeby przygotować coś do jedzenia. A oni tymczasem rozsadzali się w salonie, jakby to była ich własna knajpa. Lubiłam myśleć, że to tylko chwila słabości, mówiła później do swojej przyjaciółki Izy. Ale to nie była chwila.
To był cały związek. Całe małżeństwo. Poznała Staszka dziesięć lat temu na weselu kuzynki. On był przystojny, wysoki, miał szelmowski uśmiech i pewność siebie, która imponowała.
Ona była cichą, trochę nieśmiałą dziewczyną, która właśnie skończyła studia i szukała swojego miejsca w życiu. Zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia. Zaczął do niej pisać, dzwonić, zapraszać na randki. Był czuły, opiekuńczy, a kiedy się oświadczał, powiedział, że chce jej dać cały świat.
I wtedy w to wierzyła. Wierzyła w tę wizję wspólnej przyszłości. Może dlatego tak długo ignorowała pierwsze sygnały ostrzegawcze. Na początku to były tylko drobne rzeczy.
Gdy został w pracy po godzinach, nie musiała pytać dlaczego. Gdy w sobotę rano wychodził z domu w dresie, wiedziała, że wraca wieczorem. Wszystko było owiane mgłą: „muszę załatwić sprawy”, „wpadnę do chłopaków”, „pamiętaj, że ty jesteś moją żoną, a nie moją matką”. To ostatnie padało zawsze, gdy tylko próbowała cokolwiek powiedzieć.
„Nie bądź jak moja matka” – to był jego ulubiony argument. A ona, głupia, brała to sobie do serca i naprawdę starała się nie być jak te wszystkie zrzędzące żony z jego opowieści. Potem skończyły się studia, zaczęła pracować w korporacji. On zmienił pracę na taką z „lepszymi perspektywami”, co w praktyce oznaczało, że częściej bywał na piwach z klientami i współpracownikami.
Zarabiał więcej, to prawda, ale to ona trzymała dom. To ona sprzątała, prała, gotowała, ogarniała rachunki, bo on „miał za dużo na głowie”. To ona odkładała na wakacje, podczas gdy on wydawał na koleżki. Aż przyszedł ten straszny piątek.
A właściwie, dlaczego mówię, że przyszedł? One wszystkie były takie same. W każdy piątek od kilku lat wyglądało to identycznie. O siedemnastej Staszek dzwonił i rzucał krótko: „Będą chłopaki”.
Nie pytał, czy ona ma ochotę. Nie proponował, że coś kupi. Po prostu informował. Potem rozlegał się dzwonek do drzwi, a w progu stawali: Leszek, Bartek, Mateusz i czasem jeszcze kilku innych, których nazwisk nigdy nie zapamiętała.
Witali się z nią jak ze sprzątaczką, wchodzili do środka, rozpierali się w fotelach i od razu domagali się piwa. A ona stawała przy kuchni i smażyła. Kotlety mielone, bo Staszek ich nie jadł, tylko „kotlety po męsku”. Frytki z piekarnika, bo Staszek twierdził, że smażone to ona robić nie umie.
Mięso w galarecie, które zawsze musiało być gotowe dzień wcześniej, bo w piątek on i tak nie wejdzie do sklepu. Zbierała ze stołu talerze, zanosiła do zlewu, wycierała blat, a oni pili dalej. Czasem ktoś rzucił w jej stronę głupie „Ola, chodź, napij się z nami! ”, ale gdy tylko podeszła do stołu, Staszek patrzył na nią takim wzrokiem, jakby chciał jej powiedzieć: „tylko nie zawstydź mnie przy chłopakach”.
Więc odmawiała i wracała do kuchni. Gdy skończyli jeść, przenosili się do salonu. Staszek włączał mecz lub jakiś film akcji z odgłosem wystrzałów na maksa, a oni darli się przy tym, przekrzykując się nawzajem. Butelki po piwie lądowały na podłodze.
Popiół z papierosów sypał się na kanapę i na podłogę. Raz nawet któryś z nich, w przypływie dobrego humoru, rzucił w drugiego mokrą ścierką, a ona potem przez godzinę wycierała wodę z telewizora. Nikt nie przepraszał. Nikt nie proponował pomocy.
A wszystko to działo się w domu, który ona utrzymywała w idealnej czystości. W niedzielę rano budziła się zawsze z tą samą myślą: może w tym tygodniu będzie inaczej? Może w końcu zrozumie? Ale nadzieja umierała ostatnia.
W poniedziałek budziła się z przekonaniem, że tym razem na pewno się uda. Może kupi mu te droższe piwo, o którym wspominał, to może wtedy nie będzie się tak spieszył do knajpy? Może wygospodaruje więcej czasu na schludny dom, żeby nie było czego się wstydzić? Tylko że on nigdy nie potrzebował powodu do wstydu.
Potrzebował tylko piwa i towarzystwa. Aż nadszedł ten piątek, który wszystko zmienił. Piątek, w który Aleksandra nie miała już siły udawać. Obudziła się rano, a w całym mieszkaniu czuć było jeszcze wczorajszy dym i pot.
Staszek spał w salonie na rozkładanej kanapie, bo nie chciał jej budzić w nocy, choć dobrze wiedział, że ona i tak nie śpi, tylko leży z szeroko otwartymi oczami i wpatruje się w sufit. W kuchni na blacie stały brudne talerze, na stole leżały butelki, a w zlewie pływały resztki jedzenia. Aleksandra wzięła głęboki oddech i zacisnęła dłonie w pięści. Coś w niej pękło.
To był dzień jej urodzin. Trzydzieste piąte urodziny. Nie okrągłe, nie jubileuszowe, ale wciąż jej dzień. Przez całe rano czekała, aż Stanisław wyjdzie z łóżka i złoży jej chociaż jednego buziaka.
Ale on nie wychodził. Spał do południa. Potem wstał, poszedł do łazienki, a gdy wyszedł, rzucił od niechcenia: „O, masz jakieś plany na dziś? Bo chłopaki wpadną, to może przygotuj coś dobrego, co?
”. I zniknął w sypialni, trzaskając za sobą drzwiami. Aleksandra stała w przedpokoju nieruchomo, z płaszczem w ręku. Czuła, jak narasta w niej zimna, miażdżąca fala.
Nie była to wściekłość. Wściekłość to jest emocja, która mobilizuje do walki. To było coś gorszego. Całkowita pustka.
Absolutna rezygnacja. I wtedy, jakby zza jakiejś ogromnej, czarnej chmury, wyłoniła się myśl: nie muszę tu być. Nie muszę tego wszystkiego znosić. Wyszła z domu bez słowa.
Kupiła sobie kwiaty, najpiękniejsze, jakie znalazła w kwiaciarni – białe lilie, takie, które uwielbiała. Poszła do kościoła, bo obiecała sobie, że w swoje święto podziękuje za to, co ma. Potem zadzwoniła do matki. Gdy tylko usłyszała jej głos, wybuchnęła płaczem.
Matka, jak zwykle mądra kobieta, nie musiała nic mówić. Wystarczyło, że powiedziała: „Przyjeżdżaj, córeczko”. I Aleksandra pojechała. U rodziców było duszno i staroświecko, ale bezpiecznie.
Matka upiekła jej ulubione ciasto, a ojciec, choć nigdy nie był wylewny w uczuciach, podszedł do niej i przytulił ją bez słowa. Aleksandra rozpłakała się na nowo, tym razem z ulgi. Spali w jej starym pokoju, w wąskim łóżku, pod ciepłą kołdrą, i czuła, jak powoli wraca jej siła. Nikt nie dzwonił.
Staszek nie zapytał, gdzie jest. Nie napisał, co u niej słychać. W niedzielę wieczorem wróciła do domu. Nie dlatego, że chciała wracać, ale dlatego, że musiała zabrać swoje rzeczy.
Mieszkanie przywitało ją śmiercionośną ciszą i totalnym rozgardiaszem. Ale tym razem nie poczuła zgrozy. Poczuła ulgę. Krzątała się po pokojach, pakując do walizki ubrania, dokumenty, kosmetyki.
Robiła to powoli, metodycznie, bez pośpiechu. Wiedziała, że to, co robi, jest słuszne. Potem usiadła w kuchni, napiła się kawy i przeliczyła pieniądze. Miała trochę oszczędności, odkładanych po kryjomu na „czarną godzinę”.
Wystarczy na wynajęcie małego mieszkania na kilka miesięcy. Wystarczy, żeby stanąć na nogi. W poniedziałek rano poszła do pracy i złożyła wniosek o rozwód. W środę wyprowadzka.
Czwartek – przeprowadzka do maleńkiej kawalerki na drugim końcu miasta. A w piątek, pierwszy piątek od dziesięciu lat, nie odebrała telefonu, gdy Stanisław próbował się do niej dodzwonić. Nie miała mu nic do powiedzenia. Kolejne tygodnie były trudne.
Sąd zasądził rozwód z orzekaniem o winie męża. Staszek próbował się kłócić, ale szybko się poddał. Nie umiał walczyć o kobietę, bo nigdy nie musiał tego robić. A może po prostu nie chciał.
Mieszkanie zostało mu na własność, ale to ono było jego karą. Wszyscy dawni „kumple” zostali po stronie Aleksandry – nie, to nieprawda. Oni po prostu zniknęli. Okazało się, że przyjaźń dla piwa to przyjaźń na czas trwania picia.
Minęło pół roku. Aleksandra piła teraz kawę z odrobiną lawendy w przytulnej kuchni swojej małej kawalerii, gdy nagle do jej mieszkania wpadła podekscytowana Iza. „Wygładaj na coś, ale nie mów, że nic nie wiesz” – rzuciła z szelmowskim uśmiechem, rzucając jej na kolana gazetę z ogłoszeniami drobnymi. Otworzyła na stronie z ogłoszeniami towarzyskimi i wskazała palcem jedno z nich.
„Stanisław, lat 40, szuka kobiety do towarzystwa. Ogarnięty, ustabilizowany życiowo, posiadający mieszkanie, zapewnię warunki”. Aleksandra parsknęła śmiechem, a potem poczuła, jak serce wali jej w piersi. Nie z zazdrości.
Ze zdziwienia. A potem z czystej, niezmąconej radości. „Jak myślisz, ile dni wytrzyma, zanim ktoś go rzuci? ” – zapytała Iza, śmiejąc się.
Aleksandra wzruszyła ramionami. „Nie wiem. I nic mnie to nie obchodzi. Wiem tylko, że to nie ja będę musiała tego sprzątać po nim”.
I nagle jej wzrok padł na ogłoszenie obok. „32-letnia kobieta, rozwieziona, szczęśliwa w końcu, szuka kogoś, kto kocha chodzić po górach, czytać książki i chodzić do kina na filmy zagraniczne bez napisów”. Uśmiechnęła się pod nosem. Kim była ta kobieta?
Sama siebie, tylko w lepszej wersji. Wstała od stołu, odsunęła zasłony i wyjrzała przez okno. Słońce świeciło, a na parapecie jej róża w doniczce wypuściła nowy pąk. Jej życie zaczynało się na nowo.
I tym razem nie zamierzała pozwolić nikomu, by je zaśmiecił.