Pierwsze zauważyłam puste miejsce nad komodą w przedpokoju. Jeszcze rano wisiało tam owalne lustro w ciemnej ramie, kupione kiedyś na targu staroci. Teraz zostały po n ścianie. Zdjęłam buty, ostrożnie, bo po operacji lekarz kazał mi się nie schylać, i spojrzałam na Tomka.

– Oddałeś je do naprawy? – zapytałam.
Nie odpowiedział od razu. Wziął ode mnie torbę z lekami, położył ją na szafce i powiedział, że najpierw zrobi mi herbatę. To było do niego podobne. Kiedy nie wiedział, co powiedzieć, zawsze zajmował ręce: nastawiał wodę, wynosił śmieci, sprawdzał, czy drzwi są zamknięte.
Miałam wtedy czterdzieści osiem lat. Na korektę nosa zdecydowałam się późno, choć myślałam o niej od podstawówki. W naszej szkole w małym mieście dzieci potrafiły znaleźć jedną rzecz i wałkować ją przez kilka lat. U mnie był to nos. Nie pamiętam już wszystkich przezwisk, ale pamiętam, że na zdjęciach klasowych ustawiałam się bokiem albo za czyimś ramieniem.
Mama mówiła, żebym nie słuchała głupich dzieci. Tata udawał, że temat nie istnieje. Dopiero wiele lat później, podczas porządkowania szuflady po mamie, znalazłam stare fotografie i zobaczyłam, że na prawie każdej odwracam twarz od obiektywu. Tomek znał tę historię od początku naszego małżeństwa.
Moja starsza siostra Ewa uważała, że po czterdziestce takie rzeczy powinny już człowieka przestać obchodzić. Podczas ostatniej Wigilii, którą spędziliśmy wszyscy razem u mamy, powiedziała przy zmywaniu naczyń, że szkoda pieniędzy na „poprawianie tego, co jest zdrowe”. Mama wtedy tylko wycierała talerze i nie wtrąciła się ani słowem. Pamiętam, że bardziej niż uwaga Ewy zabolało mnie właśnie to milczenie.
Nigdy nie prosiłam rodziny o pieniądze. Na zabieg odkładałam z własnej pensji, miesiąc po miesiącu, na osobnym koncie. Tomek ani mnie nie namawiał, ani nie odwodził. Pytał tylko, czy jestem pewna. W końcu wybrałam prywatną klinikę w Katowicach i termin na koniec marca, żebym po wszystkim mogła spokojnie zostać w domu przez kilka tygodni.
Zabieg przebiegł bez komplikacji. Chirurg uprzedził mnie, że przez pierwsze dni będę opuchnięta, pod oczami pojawią się siniaki, a efekt będzie można oceniać dopiero po kilku miesiącach. Tomek czekał w klinice, ale kiedy wybudziłam się na dobre, był dziwnie milczący. Pomyślałam, że przestraszył się widoku opatrunku.
W domu szybko zauważyłam, że lustro z przedpokoju nie było jedyne. W łazience szafka nad umywalką została przykryta ręcznikiem. W sypialni duże lustro stojące przy szafie zniknęło. Nawet małe lusterko, które trzymałam w kosmetyczce, gdzieś przepadło.
Usiadłam przy kuchennym stole. Tomek postawił przede mną kubek herbaty, choć lekarz zalecił mi letnie napoje i dobrze o tym wiedział. Herbata parowała.
– Powiedz mi, co zrobiłeś.
Przesunął cukiernicę na drugi koniec stołu, potem z powrotem.
– Nie chciałem, żebyś od razu na siebie patrzyła.
– Dlaczego?
– Bo nie wiedziałem, jak to zniesiesz.
Dotknęłam palcem brzegu kubka. Opatrunek ciągnął mnie na policzkach, ale bardziej przeszkadzało mi to, że Tomek nie patrzył mi w oczy. Zaczęłam myśleć, że lekarz coś przede mną zataił. W klinice wszyscy byli uprzejmi, może nawet zbyt uprzejmi. Nagle każda ich mina zaczęła mi się wydawać podejrzana.
– Widziałeś mnie po operacji? – zapytałam.
Tomek usiadł naprzeciwko.
– Myślałem, że widziałem.
To zdanie pamiętam do dziś.
Opowiedział mi wszystko powoli. Kiedy zabieg się skończył, pielęgniarka zaprowadziła go na salę pooperacyjną. Na łóżku leżała kobieta z opatrunkami na twarzy, mocno obrzęknięta, z krwią przy bandażach. Tomek podszedł, wziął ją za rękę i przez kilka minut był przekonany, że to ja.
Pytał, czy wszystko jest w porządku. Usłyszał, że pacjentka miała trudniejszy przebieg zabiegu i lekarz zaraz przyjdzie. Dopiero potem ktoś zauważył, że na stoliku leży dokumentacja innej kobiety o bardzo podobnym nazwisku. Personel wyprowadził Tomka, przeprosił i zaprowadził do właściwej sali, gdzie spałam pod kocem, z twarzą owiniętą świeżym opatrunkiem.
– Przecież wtedy już wiedziałeś, że tamta kobieta to nie ja – powiedziałam.
– Wiedziałem – odpowiedział. – Ale zobaczyłem coś, czego nie umiałem wyrzucić z głowy.
Przed operacją, wieczorem, powiedziałam mu w łóżku, że najbardziej boję się nie bólu, tylko tego, że będzie gorzej. Pamiętał każde słowo. Kiedy następnego dnia wrócił wcześniej do domu po moją torbę i dokumenty wypisowe, zobaczył lustro w przedpokoju i pomyślał o tamtej pacjentce. Zdjął je. Potem kolejne.
Nie chodziło o mój nos. Chodziło o jego strach, że po powrocie spojrzę na opuchniętą twarz i zobaczę w niej wszystkie szkolne docinki, które nosiłam ze sobą przez ponad trzydzieści lat.
Zanim zdążyłam odpowiedzieć, zadzwonił telefon Tomka. Na ekranie pojawił się numer kliniki. Włączył głośnik. Koordynatorka oddziału jeszcze raz przeprosiła za pomyłkę w dokumentacji i zapewniła, że mój zabieg przebiegł prawidłowo. Powiedziała też, że dyrekcja przygotuje pisemne wyjaśnienie zdarzenia, bo błędne skierowanie osoby bliskiej do niewłaściwej pacjentki nie powinno było się wydarzyć.
Słuchałam, patrząc na ręcznik zawieszony na kuchennych drzwiach. Dopiero wtedy zauważyłam, że zasłaniał małe dekoracyjne lustro, które dostałam kiedyś od siostry na imieniny.
– Zostawiłeś chociaż jedno? – zapytałam po rozmowie.
Tomek rozejrzał się po kuchni.
– Chyba tylko w samochodzie.
Zaśmiałam się krótko, ostrożnie, bo wszystko przy nosie ciągnęło. Tomek też się uśmiechnął, pierwszy raz od rana. Potem usiadł obok mnie i przez chwilę piliśmy już prawie zimną herbatę.
Tydzień później pojechaliśmy na zdjęcie opatrunku. Lekarz podał mi lusterko, ale przez moment patrzyłam na Tomka. Stał przy drzwiach gabinetu z moją kurtką przewieszoną przez rękę, jakby to była zwykła wizyta u dentysty.
Twarz była spuchnięta i żółtawa pod oczami. Nos wyglądał obco, choć nie źle. Obracałam lusterko trochę w lewo, trochę w prawo. Po raz pierwszy nie szukałam kąta, pod którym mogłabym się ukryć.
Po kilku tygodniach lustra wróciły na swoje miejsca. To z przedpokoju Tomek zawiesił trochę krzywo, więc do dziś opada lekko na prawą stronę. Czasem poprawiam je, przechodząc obok, a czasem zostawiam tak, jak jest.
Kilka lat później znalazłam w starym albumie zdjęcie z ósmej klasy. Stałam na nim z boku, z włosami zsuniętymi na policzek. Położyłam fotografię na stole obok rachunków i kluczy. Tomek spojrzał, ale nic nie powiedział.
Tym razem też niczego nie odwróciłam.


