Kiedy ojciec pojawił się pod naszym domem po ośmiu latach, akurat wyjmowałam z piekarnika szarlotkę. Była niedziela, dzieci kłóciły się przy stole o ostatnią szklankę kompotu, a Marcin szukał w szufladzie korkociągu, którego nigdy nie odkładaliśmy na miejsce. Usłyszałam samochód na żwirze i pomyślałam, że to sąsiad z naprzeciwka.

Przez okno zobaczyłam jednak ciemne volvo i siwego mężczyznę wysiadającego z tylnego siedzenia. Miał na sobie ten sam granatowy płaszcz, który pamiętałam z pogrzebu babci. Tylko ramiona jakby mu opadły.
Mam dziś pięćdziesiąt trzy lata. Tamta niedziela była dawno temu, ale nadal pamiętam, że zostawiłam szarlotkę na blacie bez posypania cukrem pudrem.
Z Marcinem poznałam się, gdy pracował jako kierowca w firmie mojego ojca pod Warszawą. Ojciec handlował materiałami budowlanymi, miał magazyny, kilka samochodów i przekonanie, że ludzie dzielą się na tych, którzy wydają polecenia, i tych, którzy je wykonują. Marcin woził go na spotkania, do banku, do kancelarii notarialnej, czasem odbierał mnie z dworca, kiedy wracałam z pracy w stolicy.
Miałam wtedy trzydzieści jeden lat i nie potrzebowałam niczyjej zgody na małżeństwo. Tak mi się przynajmniej wydawało.
Powiedzieliśmy ojcu przy kolacji. Jego druga żona, Elżbieta, nalała sobie wody i zaczęła wycierać kroplę z obrusu, choć prawie jej nie było.
— Z kierowcą? — ojciec spojrzał na mnie, potem na Marcina. — Naprawdę chcesz mi to zrobić?
Marcin odłożył widelec.
— Romanie, nie przyszedłem po pańskie pieniądze.
— Jeszcze gorzej. Przyszedłeś po moją córkę.
Wyszliśmy tego samego wieczoru. Ojciec powiedział, że jeśli wybiorę Marcina, nie mam po co wracać. Następnego dnia księgowa z firmy zadzwoniła, że karta, z której ojciec opłacał część mojego mieszkania, została zablokowana. Klucz do rodzinnego domu przestał pasować kilka tygodni później, bo wymieniono zamki.
Nie byłam biedna, ale pierwszy rok nauczył mnie liczyć wydatki inaczej. Wynajęliśmy dwa pokoje w bloku w Pruszkowie. Marcin pracował w hurtowni, ja w przychodni jako rejestratorka, a wieczorami kończyłam kursy z księgowości. Kiedy urodził się Kuba, kupowaliśmy używany wózek od dziewczyny z osiedla i długo odkładaliśmy na pralkę.
Najbardziej bolało mnie nie to, że ojciec odciął pieniądze. Z tym można było sobie poradzić. Trudniejsze były święta. W pierwszą Wigilię po ślubie długo patrzyłam na telefon leżący obok talerza, chociaż wiedziałam, że nie zadzwoni. Ciotka Basia przemyciła mi później wiadomość, że ojciec podczas kolacji prawie się nie odzywał, a Elżbieta mówiła rodzinie, że „potrzebuję czasu”. Brzmiało to rozsądnie, więc nikt nie dopytywał.
Po narodzinach Kuby próbowała kontaktować się z nim również moja matka chrzestna. Usłyszała od Elżbiety, że ojciec nie chce wracać do sprawy. Wtedy uznałam, że decyzja naprawdę należy do niego. Dopiero wiele lat później zrozumiałam, jak łatwo było nam wszystkim przyjąć cudzą wersję, bo każdy bał się wejść między ojca a jego żonę.
Dwa lata później przyszła na świat Zosia. Urodziła się przed terminem i przez kilka dni została na oddziale neonatologicznym. Marcin spał na krześle na szpitalnym korytarzu, a ja chodziłam między salą a automatem z herbatą, bo nie umiałam siedzieć bezczynnie.
Trzeciego dnia zadzwoniłam do domu ojca.
Odebrała Elżbieta.
— Powiedz mu tylko, że ma wnuczkę — powiedziałam. — Nie chcę niczego. Zosia jest mała, lekarze ją obserwują. Niech po prostu wie.
— Oczywiście — odpowiedziała spokojnie. — Przekażę.
Ojciec nie zadzwonił.
Później wysłałam list. Potem drugi, ze zdjęciem dzieci z Wigilii. Przed piątymi urodzinami Kuby napisałam jeszcze raz, bo zapytał, czy dziadek Roman nie lubi dzieci. Na żaden list nie dostałam odpowiedzi. Z czasem przestałam wkładać koperty do skrzynki przed pocztą.
Po ośmiu latach mieszkaliśmy już w małym szeregowcu w Piastowie. Marcin prowadził własną firmę kurierską, ja zajmowałam się księgowością w dwóch przychodniach. Nie mieliśmy wielkich pieniędzy, ale rachunki były zapłacone, dzieci miały swoje pokoje, a w niedzielę przyjeżdżała czasem mama Marcina z rosołem w słoiku.
I wtedy na podjeździe stanął ojciec.
Kuba wybiegł pierwszy, bo sądził, że ktoś przywiózł paczkę. Zosia poszła za nim z kawałkiem jabłka w ręce. Ojciec spojrzał na nią i złapał się poręczy przy schodach.
— To Zosia? — zapytał.
— Tak.
Patrzył na nią długo, jakby próbował dopasować twarz dziecka do czegoś, co znał tylko z pamięci.
— Elżbieta powiedziała, że ona zmarła w szpitalu.
Marcin stanął za mną w drzwiach. Kuba chciał coś powiedzieć, ale poprosiłam dzieci, żeby wróciły do kuchni i pokroiły szarlotkę.
Ojciec wyjął z kieszeni złożone zdjęcie. Zosia stała na nim przed szkołą podczas festynu. Okazało się, że fotografię wysłał mu dawny wspólnik, którego wnuczka chodziła do tej samej klasy.
— Zapytał mnie, czy to nie jest twoja córka — powiedział ojciec. — Myślałem, że pomylił dzieci.
— A moje listy?
Pokręcił głową.
Usiedliśmy przy stole w kuchni. Ojciec nie tknął kawy. Powiedział, że Elżbieta pokazała mu kiedyś list rzekomo ode mnie. Było w nim napisane, że Zosia nie przeżyła i że po tym, co mi zrobił, nie życzę sobie żadnego kontaktu. Ojciec uwierzył, bo — jak sam przyznał — pasowało mu to do własnego wstydu.
— Mogłeś zadzwonić do mnie bezpośrednio — powiedziałam.
— Mogłem.
— Mogłeś przyjechać.
— Wiem.
Nie tłumaczył się dłużej. To chyba pierwszy raz w życiu, kiedy nie próbował wygrać rozmowy.
Tydzień później zadzwonił ponownie. Elżbieta wyprowadziła się do siostry. Prawnik ojca i jego księgowa znaleźli w zamkniętej szafce w gabinecie koperty z moim nazwiskiem, zdjęcia dzieci i trzy listy, których nigdy nie dostał. W dokumentach była też kopia testamentu sporządzonego kilka lat wcześniej w kancelarii notarialnej. Większość majątku po ojcu miała przypaść Elżbiecie.
Nie pytałam, co z tym zrobi. Nie chciałam wtedy rozmawiać o spadku ani zachowku.
Ojciec chciał przepisać coś na dzieci, założyć im lokaty, opłacić szkołę. Odmówiłam.
— Jeśli chcesz je poznać, przyjedź w niedzielę — powiedziałam. — Bez prezentów. Kuba lubi szachy, a Zosia nie znosi, kiedy ktoś mówi do niej „Zosieńko”. Tyle na początek.
Przyjechał autobusem, choć później dowiedziałam się, że zostawił samochód dwie ulice dalej, bo nie wiedział, gdzie zaparkować. Przyniósł tylko okulary do czytania i gazetę.
Po obiedzie Kuba wyciągnął szachownicę. Ojciec przez chwilę układał pionki w milczeniu, a Zosia siedziała obok i jadła szarlotkę prosto z talerzyka.
— Dziadku, tu źle postawiłeś konia — powiedziała.
Ojciec przesunął figurę na właściwe pole.
— To mnie poprawiaj — odpowiedział. — Mam sporo do nadrobienia.
Marcin nalał wszystkim herbaty. Nikt nie powiedział nic więcej.


