Mąż jeździł sam do chorej matki, aż dostałam od niej kartkę

Mąż jeździł sam do chorej matki, aż dostałam od niej kartkę

Telefon zadzwonił w niedzielę, kiedy stawiałam rosół na stole. Marek spojrzał na ekran, odsunął krzesło i wyszedł do przedpokoju. Od kilku tygodni robił tak prawie przy każdym telefonie.

Miałam wtedy pięćdziesiąt dwa lata i po dwudziestu czterech latach małżeństwa znałam jego zwyczaje. Wiedziałam, kiedy martwił się pieniędzmi, bo wtedy dwa razy sprawdzał, czy zamknął samochód. Tym razem wrócił po kilku minutach i powiedział, że dzwonili z ośrodka, gdzie rehabilitowała się jego matka.

Pani Helena dostała udaru pod koniec marca. Pierwsze dwa tygodnie spędziła w szpitalu w Łodzi, a potem Marek znalazł prywatny ośrodek rehabilitacyjny pod miastem. Jeździliśmy do niej razem. Zawoziłam jej kompot, krem do rąk i krzyżówki, choć po udarze pisała jeszcze bardzo niewyraźnie.

Na początku kwietnia Marek powiedział, że wizyty ją męczą.

— Mama potrzebuje spokoju — tłumaczył przy kolacji. — Lekarz mówił, żeby ograniczyć ludzi.

— Przecież nie siedzę tam pół dnia.

— Wiem. Ale ona potem jest rozdrażniona. Ja będę jeździł sam, dobrze?

Nie podobało mi się to, ale pani Helena zawsze była kobietą zamkniętą. Pomyślałam, że może rzeczywiście woli, żeby syn widział ją w takim stanie, a synowa nie.

Tydzień później Marek poprosił mnie o pierwszy większy przelew. Trzy tysiące dwieście złotych na dodatkową rehabilitację, której podobno NFZ nie obejmował. Potem były dwa tysiące na fizjoterapeutę, osiemset na leki i zaliczka na kolejny miesiąc pobytu.

Prowadziłam małe biuro rachunkowe, więc zapytałam o faktury.

— Wszystko mam w mailu — odpowiedział. — Nie dokładaj sobie teraz papierów. I tak masz pracy po uszy.

Powiedział to spokojnie, jak człowiek, który chce kogoś odciążyć. Przelałam pieniądze na jego konto.

Zaczęło mnie zastanawiać coś innego. Marek wracał od matki później niż dawniej. Kiedyś, szukając paragonu za paliwo, znalazłam w kieszeni jego kurtki rachunek z restauracji w Piotrkowie Trybunalskim.

— Pojechałem dalej, bo musiałem odebrać części do auta — powiedział.

Nie pytałam więcej. Po tylu latach małżeństwa każde pytanie potrafi zabrzmieć jak oskarżenie.

Miesiąc po ostatniej mojej wizycie u teściowej zadzwoniła do mnie kobieta ze szpitala. Był wtorek, chwilę po siedemnastej. Kroiłam chleb do jajecznicy.

— Czy rozmawiam z panią Ewą Nowak? Synową pani Heleny?

Przedstawiła się jako pielęgniarka z oddziału rehabilitacji neurologicznej. Powiedziała, że pani Helena trafiła do nich z ZOL-u po infekcji i bardzo nalega, żeby mnie zobaczyć.

— Z ZOL-u? — powtórzyłam.

Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.

— Najlepiej, jeśli pani przyjedzie.

Marek był wtedy rzekomo na dwudniowym szkoleniu w Poznaniu. Wzięłam torebkę, dokumenty teściowej z szuflady starego kredensu i pojechałam.

Na korytarzu pachniało środkiem do mycia podłóg i herbatą z automatu. Starsza pielęgniarka podeszła do mnie, zanim zdążyłam zapytać o salę. Wsunęła mi w rękę złożoną na cztery kartkę.

— Teściowa kazała przekazać pani osobiście.

Nierównym pismem było na niej: „Ewa, nie dawaj Markowi więcej pieniędzy. Ja tu nic nie płacę”.

Przeczytałam to dwa razy i schowałam kartkę do portfela obok dowodu. Dopiero wtedy weszłam do sali.

Pani Helena leżała przy oknie. Była chudsza niż miesiąc wcześniej, a na stoliku stał kubek z niedopitą herbatą.

— Wiedziałam, że cię nie puszcza — powiedziała niewyraźnie.

Usiadłam obok.

— Mamo, gdzie byłaś przez ostatnie tygodnie?

Okazało się, że prywatny ośrodek opuściła już po dziewięciu dniach. Lekarz uznał, że dalsza rehabilitacja może być prowadzona w ramach NFZ. Marek podpisał dokumenty, a później załatwił jej miejsce w zakładzie opiekuńczo-leczniczym. Opłata była potrącana głównie z jej emerytury.

— Mówił, że ty wiesz — wyszeptała. — Że nie przyjeżdżasz, bo masz dosyć.

Na stoliku pod gazetą leżała foliowa koszulka. Była tam kopia wypisu z prywatnego ośrodka, decyzja dotycząca pobytu w ZOL-u i kartka z moim numerem telefonu.

— Dzwoniłam — powiedziała. — Nie mogłam się dodzwonić.

Sprawdziłam później telefon. Numer ZOL-u był zablokowany.

Najgorsze zostawiła na koniec. Dwa tygodnie wcześniej Marek przyszedł z torbą dokumentów. Kiedy poszedł po kawę, teściowa zobaczyła umowę najmu mieszkania w Piotrkowie. Najemcą był Marek. Drugie nazwisko należało do kobiety o imieniu Karolina.

— Przyszła z nim raz — dodała. — Czekała na dole. Jest w ciąży.

Wyjaśniła, że Marek przedstawił Karolinę znajomej z ZOL-u jako kobietę, z którą „wkrótce ułoży sobie życie”. Nie zauważył wtedy matki siedzącej kilka metrów dalej przy oknie.

Wróciłam do domu późnym wieczorem. Wyjęłam z segregatora potwierdzenia przelewów: łącznie jedenaście tysięcy osiemset złotych. Następnego dnia zadzwoniłam do banku i kancelarii prawnej poleconej przez klientkę. Chciałam wiedzieć, co jest wspólne, co moje i czego Marek nie może wypłacić bez mojej wiedzy.

Przyjechał w czwartek przed obiadem. Postawił walizkę przy drzwiach i zapytał, czy została kawa.

— Jest — odpowiedziałam. — Ale najpierw usiądź.

Położyłam na stole kartkę od jego matki, wydruk przelewów i kopię wypisu z ośrodka.

Marek oglądał dokumenty tak, jakby należały do obcej rodziny.

— Mama nie wie, co mówi po udarze.

— Wypis też jest po udarze?

Westchnął i odsunął krzesło.

— Chciałem ci powiedzieć.

— O Karolinie czy o pieniądzach?

Nie odpowiedział od razu. Poszedł do zlewu i nalał sobie wody. Siedziałam przy stole z dokumentami, a on stał plecami do mnie, zajęty szklanką.

Przyznał, że wynajął mieszkanie. Powiedział, że Karolina jest w ciąży i że chciał „wszystko poukładać”, zanim mi powie. Pieniądze ode mnie traktował podobno jako chwilową pożyczkę.

— Na mieszkanie z nią?

— Ewa, nie rób z tego czegoś gorszego, niż jest.

Spojrzałam na zegar nad lodówką. Dochodziła trzynasta.

— Twoja matka myślała, że ją porzuciłam — powiedziałam. — To jest dla mnie gorsze niż pieniądze.

Tego dnia spakował część rzeczy. Resztę odebrał tydzień później, kiedy byłam u teściowej.

Pani Helena wróciła po kilku miesiącach do swojego mieszkania na Retkini. Nie odzyskała pełnej sprawności, więc załatwiłyśmy opiekunkę z MOPS-u i prywatną rehabilitantkę dwa razy w tygodniu. Marek czasem dzwonił. Czasem odbierała, czasem odkładała telefon ekranem do dołu.

Jesienią siedziałyśmy w jej kuchni przy herbacie. Na parapecie leżały rachunki, obok stary album ze zdjęciami.

— Tu byliście zaraz po ślubie — powiedziała, pokazując fotografię.

Marek miał na niej trzydzieści lat, ja dwadzieścia osiem. Staliśmy przed jej blokiem, śmiejąc się z czegoś, czego już nie pamiętałam.

Pani Helena zamknęła album.

— Zrobić ci kanapkę?

— Zrób — odpowiedziałam.

Wstała powoli, podpierając się o blat. Wyjęłam z chlebaka dwie kromki i podałam jej masło. Za oknem robiło się ciemno, a na stole między nami nie było już żadnych dokumentów.