Trzy tygodnie po pogrzebie Marka siedziałam w kancelarii notarialnej przy rynku w Płocku i patrzyłam, jak jego córka układa na kolanach torebkę. Robiła to zawsze, kiedy była zdenerwowana. Paweł, jej starszy brat, przeglądał telefon, jakbyśmy czekali na zebranie w firmie, a nie porządkowali sprawy po ich ojcu.

Miałam wtedy pięćdziesiąt trzy lata. Z Markiem przeżyłam szesnaście. Kiedy braliśmy ślub, ja miałam trzydzieści siedem, on pięćdziesiąt osiem. Dla jego dzieci ta różnica wieku od początku wystarczała za całe wyjaśnienie naszego małżeństwa.
Pierwszy raz usłyszałam to przy niedzielnym obiedzie, kilka miesięcy po ślubie. Marek postawił na stole rosół, ja kroiłam sernik, a Joanna spojrzała na stary kredens po jego rodzicach.
— Ładny — powiedziała. — Taki pewnie też kiedyś będzie twój.
Udawałam, że nie zrozumiałam. Marek odłożył łyżkę.
— Asia, daj spokój.
— Przecież nic nie mówię.
Mówiła wystarczająco dużo. Paweł był mniej subtelny. Podczas imienin Marka zapytał przy wszystkich, czy po ślubie „opłacało mi się jeszcze pracować”. Odpowiedziałam, że prowadzę księgowość dla trzech firm i nie planuję rezygnować. Roześmiał się, jakbym właśnie potwierdziła jego podejrzenia.
Marek chciał z nimi walczyć. Ja prosiłam, żeby tego nie robił. Jego pierwsza żona zmarła wiele lat wcześniej i dzieci wciąż traktowały pamięć o niej jak zamknięty pokój, do którego nie wolno mi wchodzić. Chciałam tylko, żeby przy Wigilii dało się spokojnie podać sobie półmisek z karpiem.
Potem Marek zachorował.
Najpierw był ból, który tłumaczył kręgosłupem. Później badania, szpitalny korytarz i lekarz, który długo przesuwał palcem po wynikach, zanim powiedział, że leczenie będzie trudne. Rak trzustki szybko zmienił nasz dom w miejsce pełne pudełek z lekami, kartek z godzinami wizyt i numerów do poradni.
Paweł przyjechał dwa razy w ciągu pierwszych miesięcy. Joanna raz, z bukietem lilii, których zapach Marka wtedy drażnił. Zrobili sobie z ojcem zdjęcie przy oknie. Po pół godzinie oboje pojechali.
Któregoś wieczoru, kiedy Marek przewrócił się w łazience, zadzwoniłam do Pawła.
— Tata pyta, czy przyjedziesz jutro.
Po drugiej stronie słyszałam stukanie klawiatury.
— Mam zamknięcie projektu. Może w weekend.
— W weekend może już nie mieć siły rozmawiać.
Westchnął.
— Ewa, nie rób ze mnie złego syna. Przecież jesteś przy nim.
Joanna była jeszcze krótsza.
— Weź prywatną opiekunkę. Tata ma pieniądze.
Nie powiedziałam jej, że opiekunka od dwóch tygodni była opłacana z moich pieniędzy.
Marek rzeczywiście nie był biednym człowiekiem. Miał udziały w rodzinnej hurtowni, dwa lokale wynajmowane w mieście i działkę pod Warszawą. Tyle że sprzedaż udziałów czy nieruchomości nie dzieje się między jednym telefonem a wieczorną dawką leków. Kiedy potrzebowaliśmy łóżka rehabilitacyjnego, dodatkowych godzin opieki albo prywatnego transportu po pobycie w szpitalu, płaciłam ze swoich oszczędności.
Przez lata odkładałam na małe mieszkanie dla siebie na starość. Nie prowadziłam rachunku po to, żeby kiedyś komuś pokazać, ile kosztowała miłość. Zachowywałam faktury, bo jestem księgową i zachowuję wszystkie faktury.
Marek zaczął coś podejrzewać, kiedy na komodzie znalazł rachunek za nocną opiekę.
— To nie jest z mojego konta — powiedział.
Wzięłam kartkę i wsunęłam ją do teczki.
— Teraz ważniejsze jest, żebyś zjadł zupę.
— Ewa.
— Pomidorowa wystygnie.
Patrzył na mnie przez dłuższą chwilę, ale nie miał siły się kłócić.
Ostatnią Wigilię spędziliśmy we dwoje. Dzieci przyjechały w pierwszy dzień świąt na niecałe dwie godziny. Marek prawie cały czas drzemał. Po ich wyjściu poprosił mnie, żebym podała granatową teczkę z szuflady biurka.
— Jutro zadzwoń do pana Borkowskiego — powiedział.
— Do notariusza?
— Tak. I nie pytaj dzisiaj po co.
Nie zadzwoniłam. Następnego ranka Marek czuł się gorzej, potem był szpital, a później już nie wróciliśmy do tej rozmowy.
Zmarł pod koniec lutego, przed świtem.
Po pogrzebie dzieci bardziej interesowały się księgą wieczystą lokali niż jego kurtką wiszącą w przedpokoju. Sama przez kilka dni potrafiłam stać w kuchni i nie pamiętać, czy nastawiłam wodę na herbatę.
W kancelarii dowiedzieliśmy się, że testament nie zawiera niespodzianki. Udziały w firmie, lokale i działka miały przypaść Pawłowi i Joannie. Dla mnie Marek zapisał prawo do dożywotniego mieszkania w naszym lokalu, który należał do niego jeszcze przed ślubem.
Paweł wyraźnie odetchnął.
— Czyli wszystko jasne — powiedział.
Notariusz zamknął teczkę.
— Niezupełnie.
Wyjął z szafy kopertę z moim imieniem, a obok położył cienki segregator.
— Pan Marek zostawił to w depozycie kilka tygodni przed świętami. Poprosił, żeby przekazać pani po jego śmierci.
Joanna od razu spojrzała na segregator.
— Co tam jest?
Pan Borkowski poprawił okulary.
— Kopie rachunków, przelewów i zestawienie wydatków poniesionych przez panią Ewę na leczenie i opiekę nad mężem. Jest też polisa na życie, w której pani Ewa została wskazana jako uposażona.
Paweł odsunął krzesło.
— Czyli jednak dostała pieniądze.
— Nie ze spadku — odpowiedział notariusz. — Z dokumentów wynika, że kwota polisy została dobrana mniej więcej do sumy, którą żona wydała z własnych oszczędności.
Joanna otworzyła segregator. Przerzucała strony coraz wolniej. Faktura za opiekunkę. Transport medyczny. Materac przeciwodleżynowy. Leki. Noclegi przy szpitalu w Warszawie, kiedy Marek miał konsultacje.
Zatrzymała palec na jednej dacie.
— To był ten weekend, kiedy byliśmy w Zakopanem.
Nic nie odpowiedziałam.
W kopercie był list Marka. Krótki, bez wielkich słów. Napisał, że wiedział, z czyich pieniędzy płaciłam, choć udawałam przed nim, że wszystko pokrywa jego konto. Poprosił księgową firmy o sprawdzenie przelewów i dlatego znał kwoty. Na końcu dopisał, że dzieci dostaną to, co budował przez lata, ale nie chce, żebym za opiekę nad nim zapłaciła własną przyszłością.
Joanna długo patrzyła na jedną z faktur.
— Czemu nam nie powiedziałaś?
— Mówiłam, że potrzebuję pomocy.
— Nie o tym pytam.
— Wiem.
Paweł wstał i podszedł do okna.
— Ojciec zawsze robił wszystko po swojemu.
— To akurat prawda — powiedziałam.
Nie było przeprosin jak z filmu. Joanna powiedziała tylko, że musi wyjść. Paweł został przy oknie. Ja schowałam list do torebki, obok aktu zgonu i kluczy, które od pogrzebu nosiłam bez potrzeby.
Kilka dni później Joanna zadzwoniła podczas kolacji. Zapytała, czy w mieszkaniu została porcelanowa cukiernica po babci. Powiedziałam, że stoi w kredensie.
— Chciałabym ją kiedyś wziąć — powiedziała. — Jeśli nie masz nic przeciwko.
— Nie mam.
Zamilkła.
— Ewa… widziałam te wszystkie daty.
Przesunęłam talerz i zgasiłam palnik pod czajnikiem.
— Wiem.
— Może przyjadę w niedzielę. Pomogę ci przejrzeć rzeczy taty.
Nie odpowiedziałam od razu. Spojrzałam na jego sweter przewieszony przez oparcie krzesła. Nadal pachniał trochę wodą po goleniu, której używał od trzydziestu lat.
— Przyjedź po obiedzie — powiedziałam. — Zrobię kawę.


