Na zjeździe po latach wynajęłam aktora, żeby nie wejść tam sama

Na zjeździe po latach wynajęłam aktora, żeby nie wejść tam sama

Wiadomość od Beaty przyszła w środę, kiedy siedziałam w kuchni i obierałam jabłka na szarlotkę. Telefon leżał obok cukiernicy, a na ekranie pojawiło się jej nazwisko, którego od lat nie miałam ochoty oglądać. „W sobotę spotkanie naszej klasy. Przyjedź koniecznie. Paweł też będzie. Ze mną.” Przeczytałam dwa razy, potem odłożyłam nóż i starannie wytarłam blat, choć niczego na nim nie rozlałam.

Miałam wtedy pięćdziesiąt dwa lata. Uczyłam polskiego w liceum pod Radomiem, mieszkałam sama w dwupokojowym mieszkaniu na osiedlu i właściwie prowadziłam spokojne życie. Córka studiowała już w Krakowie, z Pawłem byłam rozwiedziona od czterech lat, a z Beatą nie rozmawiałam od matury. Wiedziałam jednak, że ona od roku spotyka się z moim byłym mężem.

W liceum Beata miała szczególny talent do mówienia rzeczy tak, żeby później można było udawać, że to był żart. Potrafiła przy całej klasie zapytać, czy moją spódnicę szyła babcia z firanki, albo powiedzieć nauczycielce, że nie zgłaszam się do odpowiedzi, bo „Ela znowu chce wszystkim pokazać, jaka jest mądra”. Ludzie się śmiali, ja milczałam. Po latach dowiedziałam się, że podobnie rozmawiała z Pawłem o mnie, kiedy nasze małżeństwo zaczynało się sypać.

Nie twierdzę, że rozwiodłam się przez Beatę. Między mną a Pawłem od dawna było za dużo ciszy, osobnych kolacji i rozmów odkładanych na później. Ale kiedy próbowałam coś wyjaśnić, słyszałam czasem zdania, których sama nigdy wcześniej od niego nie znałam. Że jestem chłodna. Że patrzę na ludzi z góry. Że wszystko muszę kontrolować. Dopiero po rozwodzie wspólna znajoma powiedziała mi, że Beata powtarzała mu to od miesięcy.

Na spotkanie klasowe najpierw nie chciałam iść. Moja siostra Iwona, kiedy zadzwoniła podczas niedzielnego obiadu, też uznała, że nie ma sensu rozdrapywać starych spraw.

— Po co ci to, Ela? — zapytała. — Zjedz z nami sernik, pojedziemy potem na cmentarz do taty i będzie spokojnie.

— Właśnie zawsze wybierałam spokój — odpowiedziałam.

Dwa dni później znalazłam w internecie agencję, która wynajmowała aktorów do reklam, eventów i różnych nietypowych zleceń. Napisałam zgodnie z prawdą: potrzebuję osoby towarzyszącej na kilka godzin, bez udawania narzeczeństwa i bez żadnych czułości. Kogoś, kto potrafi zachować się swobodnie w grupie obcych ludzi. Odpisał właściciel agencji i zaproponował Tomasza, czterdziestoośmioletniego aktora teatralnego z Łodzi.

Spotkaliśmy się wcześniej w kawiarni przy rynku. Tomasz przyszedł w granatowej marynarce, zamówił czarną kawę i od razu zapytał, czego od niego oczekuję.

— Żeby pan nie zniknął po pięciu minutach, kiedy zrobi się niezręcznie — powiedziałam.

Uśmiechnął się.

— To akurat umiem. Na premierach teatralnych bywa gorzej.

Spotkanie odbywało się w sali restauracyjnej niedaleko naszego dawnego liceum. Przy wejściu stał stolik ze starymi zdjęciami klasowymi, a ktoś przyniósł nawet kronikę szkoły. Poczułam znajomy zapach pasty do podłogi, bo właściciele najwyraźniej przygotowali parkiet do tańca. Beata zauważyła mnie prawie od razu.

Podeszła w czerwonej sukience, a za nią Paweł. Najpierw spojrzała na mnie, potem na Tomasza.

— Ela, jednak przyszłaś — powiedziała. — I widzę, że nie sama.

Przedstawiłam ich sobie. Paweł podał Tomaszowi rękę, Beata tylko skinęła głową. Przez chwilę patrzyła na niego dłużej, niż wymagała zwykła uprzejmość. Tomasz też zmarszczył brwi, jakby próbował sobie coś przypomnieć.

Pierwsza godzina minęła spokojniej, niż się obawiałam. Rozmawiałam z dawną koleżanką z ławki, oglądaliśmy zdjęcia ze studniówki, ktoś wspominał nauczyciela fizyki, który zawsze nosił dwie różne skarpetki. Nawet Paweł podszedł na chwilę i zapytał o naszą córkę. Odpowiedziałam krótko, bez złości.

Potem Beata poprosiła o mikrofon. Była jedną z osób organizujących spotkanie, więc nikt się nie zdziwił.

— Skoro wspominamy dawne czasy — zaczęła — to może warto też pozostać przy szczerości.

Paweł od razu spojrzał na nią inaczej.

— Beata, daj spokój — powiedział cicho.

Nie dała. Oznajmiła wszystkim, że Tomasz nie jest moim partnerem, tylko wynajętym aktorem. Dodała jeszcze, że „niektórzy najwyraźniej potrzebują scenografii, żeby dobrze wypaść”. Kilka osób spuściło wzrok. Ktoś przy stoliku z kawą nerwowo mieszał łyżeczką w filiżance.

Chciałam wyjść. Tomasz pochylił się do mnie.

— Jeśli pani chce, jedziemy — powiedział. — Ale chyba już wiem, skąd ją znam.

Poprosiłam, żeby mówił.

Okazało się, że kilkanaście lat wcześniej Beata próbowała swoich sił w reklamach. Trafiła do tej samej agencji castingowej, z którą współpracował Tomasz. Nie zrobiła większej kariery, ale zapamiętano ją dobrze, bo po przegranych castingach składała skargi na innych kandydatów. Jednej aktorce zarzuciła podobno oszustwo, innemu aktorowi nepotyzm. Sama Beata, kiedy to usłyszała, przestała się uśmiechać.

— Nie masz prawa opowiadać takich rzeczy — powiedziała.

— Nie opowiadam niczego, czego sam nie widziałem — odpowiedział Tomasz. — Zastanawiam się tylko, dlaczego schemat wciąż jest ten sam.

Wtedy odezwała się Kasia z naszej klasy.

— Ze mną też tak było — powiedziała. — Rozpowiadałaś, że dostałam pracę w urzędzie miasta przez znajomości mojego ojca. Mój ojciec wtedy już nie żył.

Po niej odezwał się jeszcze Mirek. Potem ktoś inny. Nie były to wielkie oskarżenia, raczej drobne historie noszone przez ludzi przez trzydzieści kilka lat. Słuchałam ich i pierwszy raz zobaczyłam, że nie tylko ja przez lata zastanawiałam się, czy może rzeczywiście przesadzam.

Paweł stał obok Beaty i patrzył na nią bez słowa.

— Ile z tego, co mówiłaś o Eli, było prawdą? — zapytał w końcu.

Beata poprawiła pasek torebki.

— Teraz będziesz jej bronił? Po tym wszystkim?

Spojrzał na mnie, ale nie odpowiedział jej od razu. Później, już przed restauracją, dogonił mnie przy samochodzie Tomasza. Wokół było cicho, tylko z sali dochodziła muzyka i czyjś śmiech.

— Ela, przepraszam — powiedział. — Powinienem był z tobą rozmawiać, zamiast słuchać innych.

Zapięłam płaszcz. Było chłodniej, niż zapowiadali.

— Powinieneś — odpowiedziałam.

Zapytał, czy możemy kiedyś usiąść przy kawie. Nie wiedziałam, czy chodzi mu o przeprosiny, o Beatę, czy może o nas sprzed lat. Powiedziałam, że nie teraz.

Tomasz czekał przy aucie i przeglądał coś w telefonie, zostawiając nam kilka metrów przestrzeni. Kiedy podeszłam, otworzył pilotem samochód.

— Wracamy? — zapytał.

— Tak.

W drodze do domu zatrzymaliśmy się jeszcze na stacji. Kupiłam wodę i drożdżówkę z serem, bo od rana prawie nic nie jadłam. Tomasz wziął kawę w papierowym kubku. Nie rozmawialiśmy już o Beacie.

Następnego dnia rano córka zadzwoniła z Krakowa i zapytała tylko, jak było. Spojrzałam na niedojedzoną szarlotkę, którą zostawiłam na kuchennym stole przed wyjazdem.

— Długo — powiedziałam. — Ale dobrze, że pojechałam.

Potem nastawiłam wodę na herbatę i otworzyłam okno. Na parkingu sąsiad skrobał szybę starej skody, choć był dopiero październik. Patrzyłam przez chwilę, jak walczy z cienką warstwą lodu, i pomyślałam, że dziś nie muszę nikomu niczego wyjaśniać.