Kiedy wróciłem z sanatorium cztery dni wcześniej, ostatnią rzeczą, jakiej się spodziewałem, był pośrednik nieruchomości siedzący przy moim stole w salonie. Przez chwilę siedziałem za kierownicą i patrzyłem na obcy samochód na podjeździe. Znasz go? – zapytała Grażyna.

Pokręciłem głową. Nie znałem. I właśnie wtedy Rex zrobił coś, czego nie zrobił nigdy wcześniej. Nie pobiegł w stronę domu, nie zaszczekał z radości.
Stanął obok moich nóg i wpatrywał się w okna sztywno, uważnie, jakby pilnował, żebyśmy nie zrobili ani kroku za dużo. Co mu jest? – szepnęła Grażyna. Nie wiedziałem.
Widziałem tego psa podczas burzy, podczas pożaru u sąsiada, kiedy lis włamał się do kurnika, ale nigdy nie widziałem go takiego. Wysiedliśmy z samochodu, a on cały czas trzymał się przy nas, jakby chciał nas ostrzec. Obcy głos dobiegł z salonu. Zostawiliśmy przecież klucze sąsiadom na czas pobytu w sanatorium, żeby doglądali Reksa, odlewali kwiaty i zaglądali do domu od czasu do czasu.
Nigdy nie mówiliśmy, że ktoś obcy może tutaj zamieszkać. Patrzyliśmy na ogród, na jabłoń, którą sadziliśmy jeszcze wtedy, gdy Alicja chodziła do podstawówki. Nie miał do tego prawa. A jeśli on już od dawna uważa, że ten dom należy do niego?
Leżałem w łóżku i patrzyłem w sufit, a jedno pytanie wracało do mnie bez końca. Im dłużej o tym myślałem, tym bardziej wracały do mnie różne sytuacje z ostatnich lat, takie, na które wcześniej nie zwracałem uwagi albo nie chciałem zwracać. Wstałem cicho i wyszedłem do ogrodu. Potem zawróciłem – do dziś nie wiem dlaczego.
I właśnie wtedy po raz pierwszy pomyślałem coś, czego wcześniej nie chciałem dopuścić do głowy. Agent był pewny siebie, swobodny, jak człowiek, który nie ma nic do ukrycia. Mówił, że zna okolicę, że bardzo rozsądnie podchodzi do nieruchomości. Południu pojechałem do sklepu po kilka rzeczy.
Kiedy kilka miesięcy temu wracałem do domu, coraz bardziej zamyślony, jedno prowadziło do drugiego. Kilka miesięcy temu Patryk prosił mnie o numer telefonu do geodety. Kiedy wróciłem do salonu, Grażyna od razu zauważyła, że coś jest nie tak. Zapukał do drzwi i wszedł do środka.
Nigdy nie lubiła, kiedy ktoś mówił do mnie po imieniu bez zaproszenia, ale tym razem nic nie powiedziała. Znów wracaliśmy do punktu wyjścia, do domu, do przyszłości, do tego, kto kiedyś będzie właścicielem. Potem tej rozmowie długo nie mogłem dojść do siebie. Alicja, moja córka, dziewczynka, którą kiedyś nosiłem na ramionach, która zasypiała mi na kolanach podczas niedzielnych filmów, która przychodziła do fabryki i udawała, że jest szefową wszystkich pracowników.
Pracowałem wtedy od świtu do nocy. Przez kilka następnych dni nie wracaliśmy do tamtej rozmowy. Zwykle przeglądała ją od deski do deski. Kilka dni później wróciliśmy do Rzeszowa, ale coś zostało nad tym morzem.
No tak, jest za mały. Za każdym razem mówił o tym, jakby przyszłość tego miejsca należała już do niego. Od czasu do czasu ściskała mnie za rękę. Kiedy człowiek przez lata podejmuje decyzje dla innych, zaczyna zapominać, że sam również ma do nich prawo.
Dokumenty były podpisane, nie było już odwrotu i po raz pierwszy od dawna nie miałem ochoty nikogo przekonywać do swoich racji. Chciałem wrócić do naszej ostatniej rozmowy. Dokładnie te same słowa. Wstałem od stołu, podszedłem do komody, wyciągnąłem teczkę i wróciłem na swoje miejsce.
Patrzyłem na twarz córki i nagle zobaczyłem moment, w którym coś do niej dotarło. Nie miał już nic do powiedzenia. Co chwilę wracał do nas, po czym znów ruszał przed siebie.
Dziękujemy, że byliście z nami do końca tej historii.


