Telefon zadzwonił w środę, kiedy stałam przy kuchence i odcedzałam ziemniaki do obiadu. Na stole leżały trzy talerze, bo piętnastoletnia Lena miała zaraz wrócić ze szkoły, a mój obecny mąż, Andrzej, kończył pracę wcześniej. Na ekranie zobaczyłam numer liceum.
Wychowawczyni mówiła spokojnie, prawie urzędowo. Zapytała, czy Lena jest chora i czy zamierzam dostarczyć usprawiedliwienie. Odpowiedziałam, że zaszło nieporozumienie, bo córka codziennie wychodzi z domu przed siódmą i wraca po piętnastej.
Po drugiej stronie na chwilę zrobiło się cicho.
— Pani Anno, Lena nie była na żadnej lekcji od poniedziałku.
Wyłączyłam palnik pod sosem i przysiadłam na taborecie. Nie dlatego, że brakowało mi sił. Po prostu nagle nie wiedziałam, co zrobić z rękami. Obok zlewu stał jej kubek po porannej herbacie, a na krześle wisiał szalik, którego znowu nie zabrała.
Lena przyszła dwadzieścia minut później. Zdjęła buty w przedpokoju, rzuciła plecak przy szafce i zapytała, czy jest coś do jedzenia. Wyglądała jak zawsze: rozczochrane włosy, duża bluza, słuchawki schowane pod kołnierzem.
— Jak było? — zapytałam, nakładając jej ziemniaki.
— Kartkówka z biologii. Chyba dobrze.
Andrzej spojrzał na mnie znad talerza, ale nic nie powiedział. Wiedział już o telefonie, bo zdążyłam mu szepnąć w przedpokoju. On nie był ojcem Leny i w takich sprawach zawsze cofał się o pół kroku, jakby bał się stanąć w niewłaściwym miejscu.
Zapytałam jeszcze o matematykę. Lena odpowiedziała krótko, potem zaniosła talerz do zlewu, choć prawie nic nie zjadła.
Mogłam od razu powiedzieć, że wiem. Mogłam zażądać telefonu, otworzyć dziennik elektroniczny i urządzić przesłuchanie. Zamiast tego patrzyłam, jak córka wyciera blat rękawem bluzy, i pomyślałam, że kłamie zbyt równo. Nie improwizowała. Miała przygotowaną całą wersję dnia.
Jej ojciec, Piotr, mieszkał po drugiej stronie miasta, w bloku z wielkiej płyty niedaleko starego stadionu. Rozstaliśmy się, kiedy Lena miała siedem lat. Piotr był człowiekiem, który pamiętał, jakie córka lubi drożdżówki, ale zapominał o zebraniach, terminach u ortodonty i podpisaniu zgody na wycieczkę. Kochał ją bez wątpienia. Tylko obowiązki często rozpoznawał dopiero wtedy, gdy ktoś położył mu je przed nosem.
Wieczorem zadzwoniłam do niego. Nie odebrał. Po chwili przysłał wiadomość: „Oddzwonię jutro, jestem w trasie”.
Następnego ranka powiedziałam w pracy, że będę później. Patrzyłam z okna, jak Lena idzie w stronę przystanku, po czym wzięłam kluczyki i pojechałam za autobusem. Czułam się głupio. Miałam pięćdziesiąt dwa lata, stos faktur do sprawdzenia na biurku i właśnie śledziłam własne dziecko przez pół miasta.
Autobus zatrzymał się obok szkoły. Uczniowie ruszyli w stronę wejścia, a Lena została przy kiosku. Po kilku minutach podjechała srebrna skoda z pękniętym kloszem tylnej lampy.
Poznałam samochód Piotra.
Lena wsiadła bez wahania. Ruszyli nie w stronę jego mieszkania, lecz ku ogródkom działkowym. Zatrzymali się przed małą kawiarnią przy dworcu, taką z ceratą na stołach i gablotą z sernikiem. Usiadłam w aucie po drugiej stronie ulicy i przez szybę zobaczyłam ich przy oknie. Piotr przesunął córce plik kartek. Lena coś dopisywała, potem pokazała mu telefon.
Weszłam do środka.
Piotr zauważył mnie pierwszy. Odłożył łyżeczkę na spodek i przetarł dłonią brodę.
— Anka, spokojnie — powiedział.
— Jestem spokojna. Chcę tylko wiedzieć, dlaczego nasze dziecko zamiast na lekcji siedzi tu z tobą.
Lena wpatrywała się w kubek kakao. Na stole leżały wydrukowane zrzuty ekranu, kartka z datami i nazwiskami oraz niedokończone pismo do dyrektorki szkoły.
Piotr chciał zacząć tłumaczyć, ale córka podniosła głowę.
— Nie mogłam tam wejść.
Nie powiedziała nic więcej przez dobrą minutę. Za ladą ekspedientka ustawiała szklanki, radio grało cicho wiadomości, ktoś otworzył drzwi i wpuścił do środka chłodne powietrze.
W końcu Lena przesunęła telefon w moją stronę. W klasowej grupie ktoś wkleił jej zdjęcie zrobione na lekcji. Pod spodem były komentarze o jej ubraniach, głosie i tym, że zawsze zgłasza się do odpowiedzi. Inne wiadomości dotyczyły mnie i Piotra. Ktoś napisał, że rodzice musieli się jej pozbyć, skoro mieszka na zmianę w dwóch domach.
— To trwa od ferii — powiedziała. — Na korytarzu chowają mi plecak. Na wf-ie nikt nie chce być ze mną w parze. Jak powiem wychowawczyni, będą wiedziały, że to ja.
Zapytałam, dlaczego przyszła z tym do ojca, a nie do mnie.
Wypłukała łyżeczkę w szklance z wodą, choć nie było takiej potrzeby.
— Bo ty od razu poszłabyś do szkoły.
— A tata pozwolił ci przez tydzień znikać?
Piotr westchnął.
— Dwa pierwsze dni siedziała u mnie. Rano bolał ją brzuch, raz zwymiotowała. Chciałem dać jej trochę czasu. Potem zaczęliśmy spisywać wszystko, żeby nie poszła tam tylko ze słowem przeciwko słowu.
— I nie przyszło ci do głowy, żeby zadzwonić?
— Przyszło. Kilka razy.
Nie podniósł głosu. To chyba zdenerwowało mnie bardziej niż usprawiedliwienia. Widziałam jednak kartki na stole. Daty, nazwiska, numery sal, wydruki wiadomości. Nie zabrał jej na zakupy ani na wagary nad jezioro. Próbował pomóc po swojemu, tylko znowu zapomniał, że rodzicielstwo nie polega na samotnym gaszeniu pożaru.
— Jedziemy do szkoły — powiedziałam.
Lena odsunęła krzesło.
— Mamo, proszę.
— Nie zrobię awantury na korytarzu. Usiądziemy z pedagogiem i wychowawczynią. Ty zdecydujesz, od czego zacząć. Ale nie będziemy udawać, że jesteś na lekcjach, kiedy siedzisz w kawiarni.
Piotr zapłacił za kakao i sernik, którego nikt nie tknął. Do szkoły pojechaliśmy dwoma samochodami. W gabinecie pedagoga Lena mówiła cicho, czasem długo szukała słów. Położyła na biurku wydruki i podała telefon. Pedagożka nie obiecywała, że wszystko skończy się tego samego dnia. Powiedziała za to, co zrobi najpierw: zabezpieczy wiadomości, porozmawia osobno z uczniami, powiadomi dyrekcję i ustali z Leną, do kogo może przyjść podczas przerwy.
Przez kolejne tygodnie nie było łatwo. Dwie dziewczyny dostały nagany, rodzice jednej z nich twierdzili, że to tylko żarty. Lena przez pewien czas chodziła na rozmowy z psychologiem szkolnym. Zmieniono jej grupę na angielskim, a Piotr zaczął naprawdę czytać wiadomości w dzienniku elektronicznym.
Między nami też nie zrobiło się nagle idealnie. Jeszcze długo miałam do niego żal, że ukrywał nieobecności. On uważał, że naciskałam za mocno. Lena złościła się na nas oboje, kiedy zadawaliśmy zbyt wiele pytań.
Kilka miesięcy później siedzieliśmy w mojej kuchni przed jej wyjściem do szkoły. Piotr przyjechał oddać strój na wf, który został u niego po weekendzie. Lena zawiązała buty, sprawdziła telefon i stanęła przy drzwiach.
— Dzisiaj mam prezentację — powiedziała.
— Chcesz, żeby ktoś cię zawiózł? — zapytał Piotr.
Pokręciła głową.
— Pojadę autobusem.
Wzięła plecak i wyszła. Z klatki schodowej dobiegł trzask ciężkich drzwi. Piotr nalał sobie zimnej już herbaty, a ja poprawiłam na stole trzy rozsypane kartki z jej prezentacji. Żadne z nas nie pobiegło za nią do okna.


