Na stole stały dwa talerze, sałatka z rukolą, której Paweł zwykle nie jadł, i otwarta butelka czerwonego wina. Była nasza pierwsza rocznica ślubu. Miałam wtedy trzydzieści dwa lata i pamiętam, że bardziej niż kolację zauważyłam świeczki. Przez czternaście lat znajomości Paweł ani razu nie zapalił świeczek do obiadu.

Powiedział, żebym usiadła, a sam poszedł do sypialni po marynarkę. Śmiałam się, że przesadza, bo przecież jesteśmy we własnej kuchni, w domu po mojej mamie pod Radomiem. Wzięłam kieliszki z kredensu i wtedy usłyszałam jego głos za niedomkniętymi drzwiami.
— Tak, pamiętam. Dzisiaj. Nie będę tego dłużej ciągnął — mówił cicho. — Podpisze, tylko nie zaczynaj od razu z pretensjami.
Nie weszłam do pokoju. Odstawiłam kieliszki, nastawiłam wodę w czajniku i patrzyłam, jak lampka zmienia się z czerwonej na zieloną. Zwykła czynność dała mi kilka minut, żeby przypomnieć sobie rzeczy, których od dawna nie chciałam składać w całość.
Poznaliśmy się w liceum. Miałam siedemnaście lat, gdy zmarła moja mama. Paweł przyszedł na pogrzeb z kolegami z klasy, a później został przy mnie, kiedy wszyscy już rozeszli się po spotkaniu po pogrzebie. Siedzieliśmy w kuchni u babci, przy herbacie tak mocnej, że zostawiała osad na szklance. Wtedy uwierzyłam, że jeśli ktoś jest obok w najgorszym momencie, to znaczy, że zostanie na zawsze.
Mój ojciec po dwóch latach ożenił się z Jolantą. Od początku nie lubiła mówić o domu, który mama dostała kiedyś od swoich rodziców i zapisała mnie w testamencie jako jedyną właścicielkę. Mieszkał w nim jeszcze ojciec, więc nie robiłam z tego sprawy. Dopiero kiedy wyprowadził się z Jolantą do mieszkania w mieście, przepisałam media na siebie i zrobiłam remont.
Paweł pomagał. Woził worki z klejem, szlifował drzwi, wybierał kafelki do łazienki. Potem coraz częściej mówił, że skoro mieszkamy razem, dobrze byłoby „uporządkować papiery”.
— Nie lubię, kiedy w małżeństwie jedno jest u siebie, a drugie jak gość — powiedział kiedyś, jeszcze zanim się oświadczył.
Nie byliśmy wtedy małżeństwem, więc uznałam to za zwykłą uwagę. Później temat wracał. Raz przy niedzielnym obiedzie, raz podczas sprzątania dokumentów, innym razem po telefonie z banku. Paweł pytał, czy nie dopisać go do księgi wieczystej, skoro razem płacimy rachunki.
Nie zgodziłam się. Nie dlatego, że mu nie ufałam. Po prostu mama zostawiła ten dom mnie i traktowałam to jako coś, czego nie powinnam ruszać.
Na ślub czekałam długo. Koleżanki zdążyły wychować dzieci, mój młodszy kuzyn kupił mieszkanie, a my wciąż żyliśmy jak para, która „jeszcze ma czas”. Jolanta lubiła przy rodzinie rzucać uwagi.
— Paweł chyba dobrze wie, że papier wszystko komplikuje — powiedziała kiedyś przy wielkanocnym śniadaniu.
Ojciec spuścił wzrok na talerz. Paweł zaśmiał się i zmienił temat.
Oświadczył mi się rok później, w kuchni, bez wielkiej oprawy. Pobraliśmy się jesienią w urzędzie stanu cywilnego, a potem zjedliśmy obiad z najbliższymi w małej restauracji. Jolanta była wyjątkowo serdeczna. Dziś pamiętam, że dwa razy pytała, czy po ślubie „załatwimy wreszcie sprawę domu”.
Wróciłam do rocznicowej kolacji z herbatą zamiast wina. Paweł wyszedł z sypialni w białej koszuli i marynarce, trzymając pod pachą granatową teczkę.
— Co to jest? — zapytałam.
Nie zdążył odpowiedzieć, bo zadzwonił dzwonek przy furtce. Po chwili do kuchni weszła Jolanta. Zdjęła płaszcz, położyła torebkę na krześle i rozejrzała się tak, jakby przyszła na umówione spotkanie.
— Nie będziemy siedzieć długo — powiedziała. — Trzeba tylko podpisać kilka rzeczy.
Paweł otworzył teczkę. W środku był projekt umowy dotyczącej darowizny połowy udziału w domu na jego rzecz oraz wydruk z księgi wieczystej. Dokumenty wyglądały jak przygotowane do wizyty u notariusza.
— Po co mam ci oddawać połowę domu? — spytałam.
Paweł spojrzał na Jolantę. To krótkie spojrzenie powiedziało więcej niż pierwsza odpowiedź.
— Bo tak będzie bezpieczniej — odparł. — Jesteśmy małżeństwem.
— Dla kogo bezpieczniej?
Jolanta zaczęła poprawiać serwetkę przy talerzu.
— Dla wszystkich. Twój ojciec też uważa, że ten dom od początku nie powinien trafić tylko do ciebie.
Wtedy zapytałam, skąd wiedziała, że Paweł będzie dzisiaj rozmawiał ze mną o papierach. Nie odpowiedziała od razu. Paweł usiadł i potarł dłonią czoło.
Prawda wychodziła kawałkami. Jolanta znała go jeszcze z czasów liceum. Po pogrzebie mamy zaczęła z nim rozmawiać częściej, początkowo pod pozorem troski o mnie. Potem pomagała mu pieniędzmi. Zapłaciła część wkładu do jego pierwszego samochodu, później pożyczyła mu na działalność. W zamian miał pilnować, żebym nie sprzedała domu i żebym z czasem zgodziła się przepisać na niego udział.
— Miałeś ze mną być dlatego, że ona ci płaciła? — zapytałam.
Paweł długo patrzył w blat.
— Na początku byłem dzieciakiem. Potem wszystko się pomieszało.
Jolanta westchnęła.
— Nie rób z tego tragedii. Przecież przez lata było wam dobrze.
To zdanie pamiętam najlepiej.
Trzy tygodnie wcześniej byłam w kancelarii notarialnej, choć Paweł o tym nie wiedział. Jego kolejne pytanie o księgę wieczystą zaczęło mnie męczyć. Notariusz wyjaśnił mi wtedy spokojnie, że dom odziedziczony po mamie należy do mojego majątku osobistego i sam ślub niczego w tej kwestii nie zmienia. Poprosiłam też o aktualny odpis i schowałam go do szuflady razem z testamentem mamy.
Wstałam więc, przyniosłam dokumenty i położyłam je obok granatowej teczki.
— Niczego dziś nie podpiszę — powiedziałam. — Jutro pojadę do kancelarii jeszcze raz. Sama.
Paweł próbował coś tłumaczyć, ale Jolanta już zakładała płaszcz. Przy drzwiach odwróciła się i powiedziała, że ojciec będzie rozczarowany. Odpowiedziałam tylko, że może do mnie zadzwonić.
Zadzwonił dwa dni później, podczas obiadu. Przez chwilę pytał o pogodę i o to, czy naprawiłam cieknący kran w łazience. Dopiero potem powiedział, że wiedział o pożyczkach Jolanty dla Pawła, ale nie wiedział, po co naprawdę mu pomagała. Nie byłam pewna, czy mu wierzę. Do dziś nie jestem.
Rozwód trwał dłużej, niż chciałam. Paweł wyprowadził się do wynajętej kawalerki. Przy podziale rzeczy najbardziej zależało mu na starym biurku, w którego zamykanej szufladzie znalazłam później potwierdzenia kilku przelewów od Jolanty i kartkę z terminami naszych rozmów o domu. Zaniosłam wszystko prawnikowi.
Mam dziś pięćdziesiąt dwa lata. Dom nadal stoi. W kuchni wymieniłam stół, ale kredens po mamie został, choć jedna szuflada zacina się dokładnie tak samo jak dawniej.
Kilka miesięcy temu znalazłam w niej zdjęcie z liceum. Stoimy z Pawłem przed szkołą, oboje chudzi, źle ubrani i bardzo młodzi. Przez chwilę trzymałam fotografię w ręku, potem wsunęłam ją z powrotem między stare rachunki.
Czajnik zaczął gwizdać. Zalałam herbatę i otworzyłam okno nad zlewem. Na podwórzu sąsiad przycinał żywopłot, a z ulicy słychać było autobus zatrzymujący się przy sklepie. Zwyczajny dzień w domu, którego wtedy nie podpisałam nikomu.


