Na basenie zabrano nam leżaki, a córka tylko spuściła głowę

Na basenie zabrano nam leżaki, a córka tylko spuściła głowę

Mam pięćdziesiąt trzy lata i do dziś pamiętam tamten hotel w Uniejowie głównie przez zapach chloru i mokrych ręczników. Hania miała wtedy osiem lat. Jedenaście dni wcześniej wyszła z ostatniego zaplanowanego wlewu na oddziale onkologii dziecięcej w Warszawie. Lekarka powiedziała nam ostrożnie, że teraz zaczyna się obserwacja, a Hania po wyjściu na szpitalny korytarz zapytała tylko, czy mogłybyśmy pojechać gdzieś, gdzie jest basen.

Mój mąż, Tomek, uważał, że powinniśmy zostać w domu jeszcze kilka tygodni. Nie kłóciliśmy się o to. Od miesięcy każdy z nas bał się czegoś innego, a po leczeniu trudno było odróżnić rozsądek od zwykłego lęku. W końcu powiedział: „Jedźcie na dwie noce. Tylko bez szaleństw”. Hania siedziała przy kuchennym stole w naszym mieszkaniu w bloku i jadła zupę pomidorową, kiedy usłyszała tę zgodę. Uśmiechnęła się pierwszy raz od kilku dni.

Spakowała trzy kostiumy kąpielowe, choć potrzebowała jednego, okularki i pluszowego pingwina, którego dostała od pielęgniarki. Wzięła też cienką chustkę na głowę, ale pierwszego ranka zostawiła ją na krześle w pokoju. Spojrzała w lustro i zapytała:

„Mamo, mogę zejść bez niej?”

„Pewnie.”

„Ludzie będą patrzeć.”

„Niektórzy będą. Potem zajmą się sobą.”

Na basenie obowiązywał prosty system. Przy recepcji dostawało się drewnianą zawieszkę z numerem pokoju i przypinało ją do leżaka. Ponieważ Hania szybko się męczyła i miała unikać mocnego słońca, wybrałam dwa miejsca pod dużym parasolem niedaleko brodzika. Położyłyśmy ręczniki, przypięłam tabliczkę z numerem 214 i przez prawie godzinę siedziałyśmy tam bez żadnego problemu.

Hania weszła do wody po kolana, potem po pas. W końcu założyła okularki i zaczęła pływać od drabinki do drabinki. Co kilka minut odwracała się, żeby sprawdzić, czy patrzę. Oczywiście patrzyłam. Przez poprzedni rok obserwowałam wyniki badań, temperaturę i kolor jej skóry. Tego dnia po raz pierwszy od dawna mogłam patrzeć tylko na to, czy dobrze bawi się w wodzie.

Po jedenastej poprosiła o sok truskawkowy. Bar znajdował się po drugiej stronie hotelowego patio. Zabrałyśmy torbę z telefonem i dokumentami, a ręczniki zostawiłyśmy na leżakach. Nie było nas może kwadrans.

Kiedy wróciłyśmy, na naszych miejscach siedziała kobieta w jasnym kostiumie i mężczyzna, który przeglądał telefon. Ręczniki znalazłam w koszu obok pryszniców. Drewniana zawieszka z numerem pokoju leżała na ziemi.

Hania nic nie powiedziała. Ścisnęła tylko kubek z sokiem obiema rękami.

Podeszłam do kobiety i wyjaśniłam, że miejsca były oznaczone. Spojrzała na tabliczkę, którą podniosłam z posadzki.

„Nikogo tu nie było” — odpowiedziała.

„Poszłyśmy tylko do baru.”

Wzruszyła ramionami.

„To trzeba było zostać.”

Nie lubię awantur, szczególnie przy dziecku. Poprosiłam jeszcze raz, spokojnie. Wtedy kobieta spojrzała na Hanię. Najpierw na jej głowę, potem na cienką rękę z opaską ze szpitala, której córka uparcie nie chciała jeszcze zdjąć.

„Może lepiej usiądźcie gdzieś spokojniej” — powiedziała. „Tu ludzie przyjechali odpocząć.”

Nie odpowiedziałam. Wyjęłam ręczniki z kosza i znalazłyśmy dwa wolne krzesła przy ścianie budynku. Jedno stało w słońcu, więc przesuwałam je co kilka minut, żeby Hania została w cieniu.

Po chwili zapytała:

„Mamo, ona powiedziała tak przeze mnie?”

„Powiedziała tak, bo nie umie się zachować.”

„Ale patrzyła na mnie.”

„Wiem.”

Zamieszała słomką w soku i już nie chciała wejść do wody.

Najbardziej zabolało mnie właśnie to. Nie ręczniki i nie głupia uwaga obcej osoby. Hania przez miesiące znosiła wkłucia, pobrania krwi, nocne gorączki i czekanie na wyniki. A wystarczyło jedno zdanie przy hotelowym basenie, żeby znowu zaczęła się zastanawiać, czy wolno jej wyglądać tak, jak wygląda.

Po około dwudziestu minutach podszedł do nas ratownik. Widział wcześniejszą sytuację, ale nie chciał robić zamieszania przy dziecku. Powiedział, że zgłosił sprawę kierowniczce strefy basenowej i poprosił, żebyśmy jeszcze chwilę zostały.

Kierowniczka pojawiła się z pracownikiem recepcji. Najpierw podeszli do tamtej pary. Rozmowa była cicha, lecz z miejsca, w którym siedziałyśmy, widziałam, jak kobieta nagle prostuje się na leżaku.

Okazało się, że nie była gościem hotelu. Weszła do strefy basenowej na opasce swojej siostry, która rano wyjechała, a opaska powinna zostać zwrócona przy wymeldowaniu. Monitoring przy wejściu potwierdził też, że to ona zdjęła nasze ręczniki i wyrzuciła je do kosza.

Kobieta próbowała tłumaczyć, że „przecież nikomu nic się nie stało”. Kierowniczka poprosiła ją i towarzyszącego jej mężczyznę o opuszczenie basenu. Nie było krzyków ani oklasków. Kilka osób odwróciło wzrok, jak ludzie zwykle robią, kiedy ktoś zostaje przyłapany na czymś małym, ale wyjątkowo nieprzyjemnym.

Potem pracownik recepcji przyniósł nam czyste ręczniki i zaprowadził z powrotem pod parasol. Hania patrzyła na niego podejrzliwie.

„Naprawdę możemy tu siedzieć?”

„Numer 214?” — zapytał.

Pokazałam tabliczkę.

„To nawet powinnyście.”

Ratownik przyniósł Hani nowe okularki, bo jej stare pękły przy schodkach. Nie chciałam ich przyjąć za darmo, więc zaczęłam szukać portfela. Kierowniczka tylko pokręciła głową.

„Proszę schować. Mamy kilka zapasowych. I proszę już za nic nie przepraszać.”

Dopiero wtedy dotarło do mnie, ile razy przez ostatni rok przepraszałam ludzi. W przychodni, kiedy Hania szła wolniej. W sklepie, kiedy musiała usiąść. W szkole, gdy kolejny raz nie przyszła na lekcje. Jakbym stale prosiła świat, żeby tolerował nasze kłopoty jeszcze przez pięć minut.

Hania nie wróciła do wody od razu. Posiedziała obok mnie, zjadła pół drożdżówki i obserwowała dzieci przy zjeżdżalni. Potem zdjęła szpitalną opaskę z nadgarstka. Położyła ją na stoliku obok mojego telefonu.

„Już jej nie potrzebuję” — powiedziała.

Wieczorem zadzwoniłyśmy do Tomka podczas kolacji. Hania opowiadała przede wszystkim o zjeżdżalni i o tym, że nauczyła się przepływać pod wodą prawie cały basen. O kobiecie z leżaka wspomniała jednym zdaniem.

Po kolacji wróciłyśmy do pokoju. Hania włożyła szpitalną opaskę do bocznej kieszeni kosmetyczki, obok plasterków i kremu z filtrem. Nie wyrzuciła jej. Ja też nie proponowałam, żeby to zrobiła. Zadzwoniłam jeszcze do Tomka, kiedy córka już spała, i opowiedziałam mu dokładniej, co się wydarzyło. Przez chwilę milczał, a potem powiedział:

„Dobrze, że pojechałyście.”

To było wszystko. W tamtym czasie często właśnie tyle potrafiliśmy sobie powiedzieć.

Następnego ranka zeszłyśmy na basen wcześnie. Pod naszym parasolem stały dwa puste leżaki. Hania przypięła drewnianą tabliczkę z numerem 214 sama, bardzo dokładnie.

Potem położyła ręcznik, poprawiła okularki i pobiegła do wody, zanim zdążyłam przypomnieć jej, żeby nie biegała po mokrych płytkach.