Po dziewięciu latach powiedział, że nie jestem jego żoną

Po dziewięciu latach powiedział, że nie jestem jego żoną

Tego wieczoru siedziałam przy kuchennym stole z laptopem, stosem faktur i zimną już herbatą. Marek leżał na kanapie w salonie, oglądał jakiś koncert i zostawił po kolacji talerz na ławie. Poprosiłam go tylko, żeby wstawił naczynia do zmywarki i wyniósł śmieci, zanim pójdzie spać.

Ściszył telewizor i spojrzał na mnie tak, jakbym zażądała od niego czegoś wyjątkowego.

„Anka, przestań. Nie jesteś moją żoną, więc nie oczekuj, że będę się zachowywał jak mąż.”

Miałam wtedy czterdzieści trzy lata. Dziś mam pięćdziesiąt dwa i chyba dlatego potrafię powiedzieć, że nie każde ważne zdanie brzmi ważnie w chwili, kiedy pada. Czasem człowiek słyszy kilka zwykłych słów, poprawia kubek na stole i dopiero po paru minutach rozumie, co właściwie usłyszał.

Z Markiem byłam dziewięć lat. Poznaliśmy się na imieninach kolegi z pracy w małym pubie w Łodzi. Grał wtedy na gitarze z dwoma znajomymi. Miał dużo planów, mało pieniędzy i tę pewność, że za chwilę wydarzy się coś, co wszystko odmieni.

Na początku mi to imponowało.

Pracowałam w dziale księgowości firmy transportowej. Miałam stałą pensję i dwupokojowe mieszkanie po ciotce na Retkini. Marek łapał zlecenia w restauracjach, na weselach, czasem prowadził warsztaty muzyczne. Raz zarabiał dobrze, potem przez dwa miesiące prawie nic.

„Jak ruszy płyta, odbijemy sobie” — powtarzał.

Płyta nie ruszyła, ale pojawił się lepszy mikrofon. Potem nowy wzmacniacz, laptop do nagrywania i kilka weekendów w studiu pod Warszawą. Za część tego płaciłam ja.

Nie robiłam rachunku każdej złotówki. Byliśmy przecież razem.

Marek dokładał się do zakupów, kiedy miał pieniądze. Czasami płacił rachunek za internet albo robił większe zakupy w osiedlowym sklepie. Tyle że z czasem jego „gorsze miesiące” zaczęły trwać coraz dłużej. Czynsz, prąd, ubezpieczenie samochodu i większość jedzenia były na mojej głowie.

Moja starsza siostra, Dorota, widziała to wyraźniej.

Ostatnią Wigilię przed naszym rozstaniem spędziliśmy u niej. Kiedy Marek wyszedł zapalić z jej mężem, Dorota zbierała talerze po pierogach i zapytała:

„On nadal nie ma stałej pracy?”

„Muzyk nie ma stałej pracy.”

„Ale rachunki są stałe.”

Poprosiłam, żeby się nie wtrącała.

Nie obraziła się. Wytarła stół i powiedziała tylko:

„Dobrze. Tylko nie mów kiedyś, że nikt niczego nie widział.”

Kilka miesięcy później Marek dostał większe zlecenie. Zespół miał zagrać serię koncertów w hotelach i restauracjach. Po raz pierwszy od dawna mówił o konkretnych pieniądzach.

Postanowiłam zrobić mu małą kolację. Kupiłam dobre mięso, ciasto z cukierni niedaleko domu i butelkę bezalkoholowego wina, bo następnego dnia rano jechałam samochodem. Zaprosiłam Dorotę z mężem oraz dwóch znajomych Marka.

Dzień przed kolacją pracowałam z domu. O dwudziestej drugiej nadal poprawiałam zestawienie dla dyrektora. Marek wrócił z próby, zjadł zamówioną pizzę i zostawił wszystko w salonie.

Wtedy poprosiłam o te naczynia i śmieci.

Po jego słowach siedziałam jeszcze chwilę przy stole.

„Masz rację” — powiedziałam.

Marek aż się uśmiechnął.

„No właśnie. Nie róbmy sobie małżeństwa na siłę.”

Wziął gitarę i poszedł do drugiego pokoju.

Otworzyłam segregator z dokumentami.

Był tam czynsz za mieszkanie, opłaty za prąd, polisa samochodu i wydruki z konta. Zaczęłam liczyć. Nie dlatego, że chciałam mu coś udowodnić. Chciałam zobaczyć, ile kosztowało mnie nasze wspólne życie.

Na osobnej kartce zapisałam wydatki związane z jego sprzętem. Raty za wzmacniacz, naprawa gitary, część kosztów studia.

Wyszła suma, której nie chciałam oglądać drugi raz.

Następnego ranka Marek wypił kawę i powiedział, że wróci około osiemnastej.

„Nie czekaj z kolacją. Może się przeciągnąć.”

„Dobrze.”

Kiedy zamknął drzwi, zadzwoniłam do Doroty.

Przyjechała po godzinie z reklamówką drożdżówek i rolką worków na śmieci.

„Co robimy?” — zapytała.

„Na razie moje rzeczy.”

Nie zamierzałam wyrzucać Marka z dnia na dzień. Mieszkanie było moje, ale mieszkał tam od lat i miał tam całe swoje życie. Spakowałam za to dokumenty, biżuterię po mamie, kilka książek, komputer służbowy i rzeczy, które chciałam zabrać na kilka tygodni do Doroty.

Potem zadzwoniłam do banku i usunęłam swoją kartę z kilku płatności, które dotyczyły wyłącznie jego telefonu i sprzętu muzycznego.

Na kuchennym stole zostawiłam segregator.

Kolacji nie odwołałam całkowicie. Napisałam tylko znajomym Marka, że spotkanie jednak się nie odbędzie. Dorota została.

O osiemnastej trzydzieści usłyszałyśmy klucz w zamku.

Marek wszedł do przedpokoju i od razu poczuł zapach pieczeni.

„Wiedziałem, że coś szykujesz” — zawołał.

Potem zobaczył kartony.

Postawił futerał z gitarą przy szafce na buty.

„Co się dzieje?”

Wskazałam kuchnię.

Na stole leżały rachunki, wydruki przelewów i kartka z podsumowaniem.

Marek usiadł i przez chwilę je przeglądał.

„Po co to wszystko wyciągnęłaś?”

„Bo powiedziałeś wczoraj coś, czego wcześniej nie chciałam usłyszeć.”

Westchnął.

„Jeżeli chodzi o te głupie naczynia…”

„Nie chodzi o naczynia.”

Przesunęłam w jego stronę wydruk.

„Przez dziewięć lat zachowywałam się tak, jakbyśmy budowali wspólny dom. Ty wczoraj powiedziałeś, że nie jesteś moim mężem. W porządku. Od dziś nie będę już płaciła za rzeczy, które są tylko twoje.”

Najpierw patrzył na mnie, potem na Dorotę.

„To ona cię nakręciła?”

Dorota odłożyła filiżankę.

„Nie mieszaj mnie do tego.”

Marek przetarł twarz dłonią.

„Anka, mam teraz koncerty. Wszystko zaczyna się układać.”

„To dobrze.”

„Więc po co robisz taką aferę?”

Spojrzałam na pieczeń stojącą w naczyniu na blacie. Jeszcze rano miała być częścią jego świętowania.

„Nie robię afery. Jadę na jakiś czas do Doroty. Ty masz miesiąc, żeby znaleźć mieszkanie i uporządkować swoje sprawy.”

Długo nic nie mówił.

Potem zapytał:

„A co ja mam zrobić?”

To było pytanie, na które przez dziewięć lat zawsze znajdowałam odpowiedź.

Tym razem jej nie szukałam.

Wieczorem zabrałam jedną walizkę i torbę z dokumentami. Dorota wzięła naczynie z pieczenią, bo powiedziała, że szkoda jedzenia. Kiedy wychodziłyśmy, Marek nadal siedział przy kuchennym stole.

Miesiąc później oddał klucze. Rozmawialiśmy kilka razy, spokojniej niż się spodziewałam. Nie przepraszał za dziewięć lat. Ja też nie próbowałam zrobić z niego człowieka gorszego, niż był. Po prostu każde z nas inaczej rozumiało słowo „razem”.

Kilka tygodni po jego wyprowadzce Dorota przyszła do mnie w niedzielę na kawę. Spojrzała na pusty stojak po gitarach w salonie.

„Co tu postawisz?”

Wyjęłam ze schowka stary fotel po ciotce, który przez lata trzymałam złożony, bo Marek potrzebował miejsca na sprzęt.

Postawiłyśmy go przy oknie.

Potem zrobiłam kawę i usiadłam w nim po raz pierwszy od dziewięciu lat.