Zaproszenie leżało między rachunkiem za prąd a reklamą osiedlowej apteki. Zobaczyłam nazwisko Marka na kopercie i przez chwilę myślałam, że chodzi o jakieś stare dokumenty po sprzedaży naszego mieszkania. Kredyt zamknęliśmy przecież dopiero kilka miesięcy wcześniej, a bank potrafił przysyłać pisma długo po wszystkim.

W środku była kartka na grubym, kremowym papierze. Marek i Karolina zapraszali mnie na swój ślub pod Warszawą, w domu weselnym urządzonym w starym dworku. Na dole, pod drukowanym tekstem, Marek dopisał długopisem: „Mam nadzieję, że przyjdziesz sama. Chciałbym, żebyśmy umieli zachować się normalnie”.
Usiadłam przy kuchennym stole i przeczytałam to drugi raz.
Miałam wtedy pięćdziesiąt dwa lata i nie potrzebowałam już Marka do wyjaśniania mi, co jest normalne. Byliśmy po rozwodzie od półtora roku. Sześć miesięcy wcześniej odebrałam z sądu okręgowego prawomocny odpis wyroku, a niedługo potem sprzedaliśmy mieszkanie, w którym przeżyliśmy razem prawie piętnaście lat. Dzieci nie mieliśmy, więc formalnie wszystko poszło prościej, niż mogło.
Tylko zdrada nie była prosta.
O Karolinie dowiedziałam się przypadkiem. Telefon Marka zadzwonił podczas niedzielnego obiadu u mojej siostry, a on wyszedł odebrać na klatkę schodową. Został po nim ekran z krótką wiadomością, której nie zdążył zablokować. Nie robiłam awantury przy rosole. Dopiero wieczorem zapytałam, kto pisze do niego „tęsknię za wczoraj”.
Przez następne tygodnie słyszałam o trudnym czasie, o zagubieniu i o tym, że od dawna nie byliśmy sobie bliscy. Marek mówił spokojnie, prawie urzędowym tonem. Najbardziej zapamiętałam zdanie, że „nie każda kobieta nadaje się do życia z ambitnym mężczyzną”.
Po rozwodzie przestałam pytać znajomych, co u niego. Wiedziałam tylko, że został z Karoliną.
Zaproszenie odłożyłam do szuflady obok gwarancji na czajnik. Wieczorem przyszła do mnie moja przyjaciółka Ewa. Zjadłyśmy po kawałku sernika, a ja pokazałam jej dopisek.
— On chce, żebyś przyszła i zobaczyła, jaki jest szczęśliwy — powiedziała.
— Też tak pomyślałam.
— To nie idź.
To byłoby rozsądne. Zamiast tego nalałam nam jeszcze kawy i zapytałam, czy pamięta tego aktora z teatru, z którym jej córka pracowała przy reklamie.
Ewa patrzyła na mnie dłuższą chwilę.
— Anka, ty chyba nie chcesz wynająć sobie partnera na wesele?
— Na trzy godziny — powiedziałam. — Cztery, jeśli będzie dobry obiad.
Tak poznałam Pawła.
Spotkaliśmy się dwa dni później w małej kawiarni niedaleko placu Wilsona. Miał czterdzieści dziewięć lat, grał głównie w teatrze i czasem prowadził firmowe imprezy. Nie był typem człowieka, który od wejścia zwracał uwagę całej sali. Mówił spokojnie, miał siwiejące włosy i dobrze skrojony granatowy garnitur.
— Ewa powiedziała, o co chodzi — zaczął. — Mam udawać nowego partnera, ale bez robienia przedstawienia?
— Właśnie tak.
— To akurat trudniejsze niż przedstawienie.
Ustaliliśmy prostą wersję. Znaliśmy się od kilku miesięcy. Spotkaliśmy się przez wspólnych znajomych. Bez przesadnego trzymania za ręce i bez opowieści o wielkiej miłości.
W dniu ślubu Paweł przyjechał po mnie punktualnie. Założyłam ciemnozieloną sukienkę, tę samą, którą kupiłam na imieniny siostry, tylko pierwszy raz od dawna poszłam do fryzjera. W samochodzie powiedziałam mu, że możemy zawrócić.
— Możemy — odpowiedział. — Ale skoro już mam krawat, szkoda go nie pokazać.
Do dworku dotarliśmy po ceremonii, przed obiadem. Marek stał przy wejściu z kieliszkiem prosecco. Gdy mnie zobaczył, uśmiechnął się szeroko. Kiedy spojrzał na Pawła, uśmiech został mu na twarzy, ale jakby ktoś wyłączył resztę.
Karolina podeszła chwilę później.
Najpierw spojrzała na mnie, potem na Pawła. Odstawiła kieliszek na tacę kelnera tak szybko, że trochę wina wylało się na biały obrus przykrywający stolik.
Paweł pochylił się do mojego ucha.
— To moja była narzeczona.
Poprawiłam pasek torebki na ramieniu.
— Jesteś pewien?
— Cztery lata razem. Osiem miesięcy po zaręczynach. Jestem pewien.
Marek ruszył w naszą stronę.
— Anka. Jednak przyszłaś.
— Przecież zaprosiłeś.
Spojrzał na Pawła.
— Nie wiedziałem, że kogoś przyprowadzisz.
— Napisałeś, że masz nadzieję, że przyjdę sama. To nie było to samo co zakaz.
Karolina stała już obok niego. Nie patrzyła na mnie.
— Paweł? — powiedziała cicho.
— Cześć, Karolina.
Marek zacisnął usta.
— Wy się znacie?
Paweł skinął głową.
Karolina odwróciła się do Marka.
— Mówiłeś, że twoja była żona nie przyjdzie.
— Nic takiego nie mówiłem.
— Powiedziałeś, że zaprosiłeś ją tylko dlatego, żeby zakończyć temat.
Z pobliskiego stolika ktoś zabrał talerzyk z ciastem i przeszedł dalej. Muzyka grała cicho. Kelner ustawiał kieliszki, jakby rozmowa obok nie dotyczyła nikogo poza nami.
Marek zwrócił się do mnie.
— Naprawdę musiałaś robić coś takiego?
Prawie odpowiedziałam ostrzej, ale Paweł położył dłoń na moim łokciu.
— Ja nic nie zrobiłam, Marek. Przyjechałam z osobą towarzyszącą.
Karolina patrzyła teraz na Pawła.
— Skąd wy się w ogóle znacie?
— To chyba nie jest rozmowa na wejście do sali — odpowiedział.
Poszliśmy do ogrodu. Dopiero tam, przy ławce za żywopłotem, Paweł opowiedział mi resztę. Karolina zaczęła znikać na weekendy jeszcze przed końcem ich związku. Twierdziła, że jeździ służbowo do Poznania. Pewnego dnia Paweł znalazł na wspólnym laptopie korespondencję z żonatym mężczyzną. Karolina przyznała tylko, że ten człowiek „i tak od dawna żyje osobno”.
Nie znał jego nazwiska.
— Teraz już znam — powiedział.
Patrzyłam na okna sali weselnej. Marek chodził od stołu do stołu, ale co chwilę zerkał w stronę ogrodu.
— Czyli kiedy on zdradzał mnie z nią, ona zdradzała ciebie z nim.
Paweł pokiwał głową.
— Na to wygląda.
Siedzieliśmy jeszcze chwilę bez rozmowy. Z sali wyszła starsza kobieta, pewnie czyjaś ciotka, i zapytała, czy nie widzieliśmy jej beżowego swetra. Pomogliśmy jej szukać na dwóch ławkach. Sweter wisiał na oparciu krzesła trzy metry dalej.
Do środka już nie wróciliśmy.
W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej. Paweł kupił kawę, ja wodę i dwie drożdżówki, bo z weselnego obiadu nic nie zjedliśmy. Siedzieliśmy w samochodzie pod białym światłem lamp i śmialiśmy się z tego, że całe nasze starannie przygotowane kłamstwo okazało się najmniej skomplikowaną rzeczą tego wieczoru.
Nie zaczęliśmy się spotykać od razu. Przez kilka tygodni wymienialiśmy tylko wiadomości. Potem poszliśmy na spacer, później do teatru, już bez żadnej umowy i bez wymyślonej historii.
Minęło dziewięć miesięcy. Nie mieszkamy razem. Paweł czasem nocuje u mnie, czasem wraca do siebie. W mojej kuchni zostawił kubek, granatowy, z wyszczerbionym uchem. Stoi obok mojego, chociaż mam cały komplet lepszych.
Zaproszenie Marka nadal jest w szufladzie. Niedawno szukałam instrukcji do piekarnika i znowu na nie trafiłam. Przeczytałam dopisek na dole, złożyłam kartkę na pół i wsunęłam pod stare dokumenty z banku.
Z kuchni Paweł zapytał, gdzie trzymam herbatę.
Powiedziałam mu, że w drugim kredensie od lewej.
Po chwili usłyszałam stuknięcie łyżeczki o kubek i już nie wróciłam do szuflady.