Kiedy wróciłem tamtego listopadowego wieczoru z warsztatu, na półpiętrze przed moim mieszkaniem stały trzy foteliki samochodowe. Najpierw pomyślałem, że sąsiadka z góry znowu urządza porządki. Dopiero gdy jeden z kocyków się poruszył, zobaczyłem twarz dziecka, a obok torbę z pieluchami i złożoną na pół kartkę wyrwaną z zeszytu.

„Marek, nie dam rady. Zajmij się nimi kilka dni. Odezwę się” — napisał mój brat Piotr. Jego żona, Aneta, zmarła dwanaście dni wcześniej po nagłym powikłaniu w szpitalu. Dziewczynki miały po siedem miesięcy. Piotr nie odezwał się ani po kilku dniach, ani po kilku tygodniach.
Miałem wtedy trzydzieści lat, dwa pokoje w bloku na obrzeżach Radomia i pracę w zakładzie ślusarskim. W lodówce trzymałem mleko, musztardę i pół garnka zupy od mamy. Pani Teresa z mieszkania naprzeciwko wyszła w szlafroku, spojrzała na trzy foteliki i bez pytania zabrała jeden do siebie, żebym mógł wnieść pozostałe.
— Najpierw dzieci, potem będziemy się zastanawiać — powiedziała. — Masz w ogóle butelki?
Nie miałem.
Następnego ranka zaczęły się telefony: policja, ośrodek pomocy społecznej, sąd rejonowy. Przez kilka miesięcy chodziłem z teczką dokumentów od jednego pokoju do drugiego. Piotrowi ograniczono, a później odebrano władzę rodzicielską. Po wszystkich wywiadach, szkoleniach i papierach zostałem dla Ani, Karoliny i Marty rodziną zastępczą niezawodową.
Byliśmy braćmi przyrodnimi. Ja nosiłem nazwisko Bielski po swoim ojcu, Piotr — Wrona po drugim mężu naszej mamy. Dziewczynki miały nazwisko Wrona i przez lata nigdy nie przyszło mi do głowy, że może im ono ciążyć. W domu i tak wszyscy mówili po prostu: „dziewczyny Marka”.
Pierwsze lata pamiętam głównie z rachunków, prania i ciągłego szukania małych skarpetek. Pani Teresa nauczyła mnie robić kaszkę bez grudek i zaplatać warkocze. Mama przyjeżdżała w niedziele z rosołem, dopóki zdrowie jej pozwalało. Kiedy jedna chorowała, zwykle dwa dni później chorowały wszystkie trzy.
Nie byłem cierpliwy każdego dnia. Zdarzało mi się podnieść głos o bałagan, o oceny, o późny powrót z osiemnastki. One też potrafiły trzasnąć drzwiami tak, że obrazek w przedpokoju wisiał krzywo. Wieczorem jednak stawiałem na stole herbatę i kanapki, a rano odwoziłem je do szkoły, nawet jeśli poprzedniego dnia żadna nie miała ochoty ze mną rozmawiać.
Była też Ewa. Spotykaliśmy się prawie cztery lata. Lubiła dziewczynki, one ją też, ale pewnego wieczoru, kiedy Marta miała zapalenie płuc, usiedliśmy w kuchni nad niedopitą kawą.
— Ty zawsze będziesz najpierw tutaj — powiedziała, patrząc na suszące się na kaloryferze dziecięce rajstopy.
Nie zaprzeczyłem. Kilka miesięcy później się rozstaliśmy. Nie było awantury, tylko dwie torby przy drzwiach i oddane klucze.
Piotr odezwał się raz, gdy dziewczyny miały trzynaście lat. Zadzwonił podczas niedzielnego obiadu. Na stole stały ziemniaki, mizeria i pieczeń, a Marta właśnie opowiadała o szkolnym konkursie. Wyszedłem z telefonem na klatkę schodową.
— Chciałbym je zobaczyć — powiedział.
— To przyjedź. Porozmawiamy najpierw ze mną, potem z nimi. Jeśli będzie trzeba, przez sąd.
Milczał chwilę i zaczął mówić o pracy, odległości, pieniądzach. Nie przyjechał. Dziewczynom powiedziałem tylko, że ich ojciec dzwonił. Ania skinęła głową i poprosiła, żebym podał jej kompot.
Lata mijały zwyczajnie. Matura, pierwsze prawo jazdy, studia w Lublinie, stancje, praktyki, telefony z pytaniem, czy można zamrozić ugotowany makaron. Gdy miały po dwadzieścia dwa lata, wszystkie kończyły ten sam kierunek pedagogiczny, choć każda planowała później coś innego.
Kilka tygodni przed rozdaniem dyplomów przyjechały do mnie na weekend. Chciałem odświeżyć kuchnię, więc kazałem im przejrzeć stary kredens. Znalazły tam mój gruby zeszyt w zielonej okładce. Prowadziłem go przez pierwsze lata ich życia: kiedy wyrósł pierwszy ząb, ile kosztowały leki, co powiedział lekarz, kiedy Karolina pierwszy raz nazwała mnie „tatą”, a ja udawałem, że nie usłyszałem.
Nie wiedziałem wtedy, że go zabrały.
W dniu uroczystości siedziałem w auli w trzecim rzędzie z aparatem, który pożyczyłem od kolegi. Dziewczyny odebrały dyplomy jedna po drugiej. Kiedy już wszyscy zaczęli się podnosić, dziekan poprosił jeszcze o chwilę, bo absolwentki chciały komuś podziękować.
Marta stanęła przy mikrofonie z moim zielonym zeszytem.
— Naszego ojca nie ma dziś na sali — zaczęła.
Pomyślałem o Piotrze. O tej kartce sprzed dwudziestu dwóch lat, którą nadal trzymałem w pudełku z dokumentami. Karolina otworzyła zeszyt na pierwszej stronie.
— Ale człowiek, który nas wychował, jest.
Przeczytała krótki zapis z dnia ich pierwszych urodzin. Napisałem wtedy, że nie wiem, czy robię cokolwiek dobrze, ale rano będę w kuchni, choćbym miał przypalić owsiankę, i że nie zamierzam znikać. Nie pamiętałem tych słów. Pamiętałem tylko tamten stół, trzy kubki niekapki i rachunek za prąd wsunięty pod cukiernicę.
Ania zeszła ze sceny i podała mi trzy białe koperty.
W każdej była decyzja kierownika urzędu stanu cywilnego. Od kilku dni nazywały się Anna Bielska, Karolina Bielska i Marta Bielska.
— Jesteśmy dorosłe, więc mogłyśmy zrobić to same — powiedziała cicho Karolina. — Nie chciałyśmy pytać, czy nam pozwolisz.
— Po co wam to było? — zapytałem, bo tylko takie zdanie przyszło mi do głowy.
Marta poprawiła pasek od torebki.
— Bo Wrona był nazwiskiem człowieka, którego prawie nie znamy. A Bielski jest nazwiskiem domu, do którego zawsze wracamy.
Po uroczystości poszliśmy na obiad do małej restauracji niedaleko uczelni. Zamówiły za dużo jedzenia, jak zwykle przy ważnych okazjach. Nikt nie wygłaszał przemówień. Karolina narzekała, że zdjęcia wyszły źle, Ania kłóciła się z Martą o deser, a ja trzy razy sprawdzałem, czy koperty nadal są w wewnętrznej kieszeni marynarki.
Tydzień później siedzieliśmy znowu w mojej kuchni w Radomiu. Kredens był już pomalowany, choć jedna szuflada nadal się zacinała. Zielony zeszyt leżał na stole obok nowych dowodów osobistych dziewczyn. Pani Teresa, już o lasce, przyszła na kawę i sernik.
Wzięła do ręki dokument Ani, przeczytała nazwisko i uśmiechnęła się pod nosem.
— No — powiedziała. — Teraz przynajmniej listonosz nie będzie miał wątpliwości.
Marta nalała jej kawy. Karolina otworzyła okno, bo w kuchni było za ciepło. A Ania wsunęła mój zielony zeszyt z powrotem do kredensu, tym razem do górnej szuflady, tej, której nigdy nie zamykamy na klucz.