Warszawa powitała Izabelę Michalską lodowatym deszczem listopadowym. Krople bębniły o szyby autobusu linii 175, który wiózł ją przez zatłoczone ulice śródmieścia. Dziewczyna przycisnęła czoło do zimnej szyby, obserwując rozmazane światła miasta, neonowe szyldy, reflektory samochodów i mokre chodniki odbijające tysiące kolorów. Miała dwadzieścia trzy lata i pięćdziesiąt siedem złotych w portfelu.

To wszystko, co zostało po opłaceniu pokoju w hostelu na Pradze. Siedziała w kącie autobusu, ściskając w dłoniach starą skórzaną torbę po babci, jedyną rzecz o wartości sentymentalnej, która jej pozostała. Była drobną dziewczyną o delikatnych rysach twarzy, długich jasnobrązowych włosach mokrych i przylepionych do policzków. Jej duże, zielone oczy zawsze zdawały się mówić więcej niż usta.
Ludzie często mówili, że wygląda młodziej niż na swoje lata, co w tej chwili wcale jej nie pomagało. Ubrana była w cienką kurtkę z second-handu, dżinsy z przetarciami na kolanach i stare trampki, które dawno straciły swoją białość. Wysiadła przy placu Trzech Krzyży, natychmiast czując, jak deszcz przesiąka przez jej cienką kurtkę. Budynek kancelarii prawnej Nowak i Wspólnicy górował nad nią.
Szklana fasada odbijająca szare niebo, marmurowe schody, obracające się drzwi, brązowa tablica z mosiężnymi literami. To było jedno z tych miejsc, gdzie każdy detal krzyczał: jesteś zbyt biedna, żeby tu być. Zatrzymała się u podnóża schodów, patrząc na swoje odbicie w szklanej fasadzie. Wyglądała jak bezdomna kotka, która przypadkiem zabłąkała się w dzielnicę rezydencji.
Przez chwilę chciała się odwrócić, wrócić do hostelu, schować się pod cienkim kocem i udawać, że tego wszystkiego nie ma. Ale potem pomyślała o domu w Konstancinie, o pokoju na poddaszu, gdzie spędziła całe dzieciństwo, o starym dębie w ogrodzie, pod którym babcia Janina uczyła ją czytać. Nie mogła się poddać. Wyprostowała się, poprawiła mokre włosy i weszła do środka.
Hol recepcyjny wyglądał jak wnętrze luksusowego hotelu. Posadzka z białego marmuru, na której jej mokre buty zostawiały ślady, wysokie sufity z kryształowymi żyrandolami, marmurowa fontanna po prawej stronie. Po lewej stała elegancka recepcja ze szkła i chromu. Kilka osób w drogich garniturach przechodziło przez hol, rozmawiając o sprawach, których Izabela nawet nie mogła pojąć.
Czuła się jak intruz w obcym świecie. Recepcjonistka, kobieta po czterdziestce w idealnie skrojonym bordowym żakiecie, z włosami upiętymi w kok, zmierzyła ją wzrokiem od stóp do głów. Jej spojrzenie było chłodne, oceniające. – Dzień dobry – powiedziała Izabela, starając się, by jej głos brzmiał pewnie.
– Mam spotkanie z panem Michalskim. Pan Patryk Michalski. Kobieta uniosła brew, jakby informacja była szczególnie zaskakująca. – Ma pani umówione spotkanie?
– Tak. Na 15. 30. Recepcjonistka powoli sprawdziła coś w komputerze, przesuwając palcem po touchpadzie z wyraźną niechęcią.
Po długiej, niewygodnej chwili skinęła głową. – Dziewiąte piętro, gabinet 902. Proszę chwilę zaczekać, zapowiem panią. Izabela usiadła na skórzanej kanapie w poczekalni, ściskając w dłoniach starą torbę.
Serce biło jej jak młotem. To była ostatnia szansa. Przez ostatnie trzy tygodnie próbowała wszystkiego: rozmawiała z bankiem, szukała pomocy u prawników oferujących darmowe konsultacje. Wszędzie słyszała to samo: przykro nam, ale bez pieniędzy nic nie możemy zrobić.
Trzy tygodnie temu dostała telefon od notariusza. Babcia Janina, jedyna osoba, która ją kochała, jedyna rodzina, jaką miała, zmarła spokojnie we śnie, w swoim łóżku, w domu w Konstancinie. Rodzice Izabeli zginęli w wypadku samochodowym, gdy miała sześć lat. Babcia wzięła ją wtedy do siebie i wychowała jak własną córkę.
Po pogrzebie notariusz przekazał jej kopertę. W środku były dokumenty, umowa pożyczki, zaległe raty, wezwania do zapłaty. Babcia zaciągnęła kredyt dwa lata temu, na leczenie chorego serca, o czym nikomu nie powiedziała. Dług wynosił dwieście tysięcy złotych.
Dla Izabeli równie dobrze mogły to być dwa miliony. – Panna Michalska – recepcjonistka kiwnęła na nią, wyrywając ją z zamyślenia. – Pan Michalski może panią przyjąć. Izabela wstała, czując, jak nogi trzęsą się pod nią.
Winda sunęła gładko w górę, bez najmniejszego szarpnięcia. Patrzyła na swoje odbicie w lustrzanych drzwiach: mokre włosy przyklejone do twarzy, blade policzki, oczy szeroko otwarte ze zdenerwowania. Na dziewiątym piętrze powietrze było inne, pachniało drogimi perfumami, skórą i drewnem. Korytarz wyłożony był ciemnym dywanem.
Gabinet 902 znajdował się na końcu korytarza, drzwi były lekko uchylone. Zapukała delikatnie. – Proszę – usłyszała głęboki, spokojny głos, który brzmiał jak aksamit i stal jednocześnie. Weszła do środka i na chwilę zapomniała, jak się oddycha.
Gabinet był ogromny, większy niż cały pokój w hostelu. Jedna ściana była całkowicie przeszklona, oferując widok na deszczową Warszawę: drapacze chmur, Pałac Kultury i Nauki, Wisłę wijącą się przez miasto. Po prawej stronie stał wysoki regał z książkami, po lewej skórzana kanapa i stolik kawowy. Pośrodku tego wszystkiego stał Patryk Michalski.
Był wysokim mężczyzną, na pewno stu osiemdziesięciu pięciu centymetrów, w idealnie skrojonym granatowym garniturze. Stał tyłem do niej przy oknie, z rękami w kieszeniach, obserwując miasto. Kiedy się odwrócił, Izabela zobaczyła twarz, która sprawiła, że na moment zapomniała, po co tu przyszła. Patryk Michalski był przystojny w sposób brutalny, niepokojący.
Miał ostre rysy, mocną szczękę, cienkie usta zaciśnięte w linii mówiącej o człowieku, który nie przywykł do sprzeciwu. Jego oczy były szare jak stal, przenikliwe. Ciemne włosy miał niedbale zaczesane do tyłu, z kilkoma srebrnymi nićmi przy skroniach. Miał może trzydzieści pięć lat, trudno było określić.
– Panna Michalska – powiedział, wskazując krzesło przed masywnym mahoniowym biurkiem. – Proszę usiąść. Izabela posłusznie usiadła na krawędzi krzesła, czując, jak mokra kurtka przywiera nieprzyjemnie do skóry. Patryk zajął miejsce po drugiej stronie biurka, splatając dłonie na blacie.
Przez długą chwilę przyglądał się jej w milczeniu, a ona czuła, jak rumieniec zalewa jej policzki pod tym intensywnym spojrzeniem. – Rozumiem, że jest pani wnuczką Janiny Michalskiej, właścicielki domu przy ulicy Lipowej w Konstancinie – zaczął, otwierając teczkę. – I rozumiem, że pani babcia zaciągnęła pożyczkę pod zastaw tego domu w wysokości dwustu tysięcy złotych, której rata nie została spłacona od sześciu miesięcy. Izabela poczuła ucisk w gardle.
– Babcia była chora – powiedziała w końcu, a jej głos zadrżał. – Nie mówiła mi o długach. Dowiedziałam się dopiero po jej śmierci. – Bank przejął hipotekę trzy miesiące temu – przerwał jej Patryk.
– Ja odkupiłem tę hipotekę wraz z prawem do windykacji dwa tygodnie temu. Zgodnie z prawem, jeśli w ciągu trzydziestu dni rata nie zostanie uregulowana, rozpocznę procedurę przejęcia nieruchomości. Każde słowo było jak cios. Izabela pochyliła się do przodu, a jej głos zaczął drżeć.
– Proszę pana, ten dom to wszystko, co mi zostało. Wszystkie moje wspomnienia, całe moje dzieciństwo. Nie mam pieniędzy, ale proszę dać mi trochę czasu. Znajdę pracę, będę spłacać.
Nawet jeśli zajmie mi to lata. Patryk w końcu podniósł wzrok. – Ile zarabia obecnie panna Michalska? – Nie mam pracy – przyznała, czując, jak łzy zbierają się jej w oczach.
– Straciłam ją dwa miesiące temu. Szukam czegoś nowego. – Ile miała pani na koncie, gdy przyjeżdżała pani do Warszawy? – Pięćdziesiąt siedem złotych – wyszeptała.
Patryk oparł się na krześle. – Czyli nie ma pani pracy, oszczędności ani żadnego majątku poza domem obciążonym długiem. Czy dobrze rozumiem? – Tak.
Ale jestem gotowa zrobić wszystko. Znajdę pracę, nawet dwie, trzy. Będę spłacać dług. Patryk milczał przez długą chwilę.
Wstał, podszedł do okna i odwrócił się do niej plecami. – Mam dla pani propozycję – powiedział w końcu. – Ale musi pani wysłuchać jej do końca, zanim się pani zgodzi lub odmówi. – Słucham.
Patryk odwrócił się. W jego oczach było coś mrocznego. – Potrzebuję żony. Nie takiej prawdziwej.
Potrzebuję kogoś, kto zagra moją żonę przez rok. Ktoś, kto pojawi się ze mną na wydarzeniach towarzyskich, będzie mieszkać w moim domu, będzie udawać szczęśliwe małżeństwo. W zamian umorzę cały dług pani babci. Dom będzie pani.
Poza tym dostanie pani sto tysięcy złotych. Izabela patrzyła na niego w szoku. – To niemożliwe – wyjąkała. – Dlaczego pan tego potrzebuje?
– To moja sprawa. Pytanie brzmi: czy pani się zgadza? Ma pani dziesięć sekund na decyzję. Wszystko w jej głowie krzyczało, żeby odmówiła.
Ale potem pomyślała o domu w Konstancinie, o babci, o tym, że nie ma dokąd pójść. – Zgadzam się – wyszeptała, zanim zdążyła się rozmyślić. Patryk skinął głową. – Dobrze.
Moja sekretarka przygotuje umowę. Proszę przyjść jutro o dziesiątej rano. I proszę nie żałować tej decyzji. Ale gdy Izabela wychodziła z gabinetu, wiedziała, że już żałuje.
Tej nocy prawie nie spała. Leżała na wąskim łóżku w hostelu, wpatrując się w pęknięcia na suficie. Co ona zrobiła? Zgodziła się wyjść za mąż za obcego mężczyznę, za milionera, który patrzył na nią jak na przedmiot do kupienia.
Udawane małżeństwo w zamian za dom i pieniądze. Brzmiało to jak scenariusz z taniego romansu. O szóstej rano zrezygnowała z prób zaśnięcia. Wzięła prysznic w ciasnej, zatęchłej łazience na korytarzu, którą dzieliła z dziesięcioma innymi lokatorami.
Ubrała się w jedyną czystą koszulę i czarne spodnie. Nie miała nic lepszego. Do budynku kancelarii dotarła o dziewiątej czterdzieści pięć. Tym razem recepcjonistka rozpoznała ją od razu i bez słowa wskazała windy.
Patryk siedział za biurkiem, przeglądając dokumenty. Miał na sobie ciemnoszary garnitur z czarną koszulą bez krawata. – Czy przemyślała pani moją propozycję? – zapytał wprost.
– Tak. – I nadal się pani zgadza? Izabela przełknęła ślinę. Mogła się wycofać.
Ale jakie życie ją czekało? Bez pracy, bez pieniędzy, bez domu? – Zgadzam się. Patryk sięgnął po grubą teczkę i przesunął ją w jej stronę.
– To jest umowa. Przeczyta ją pani dokładnie, zanim podpisze. Po podpisaniu nie będzie odwrotu. Umowa miała dwadzieścia trzy strony.
Była jasna i bezwzględna. Izabela zgadzała się zostać żoną Patryka na okres dwunastu miesięcy, mieszkać w jego rezydencji, uczestniczyć we wszystkich wydarzeniach towarzyskich i publicznie odgrywać rolę kochanej żony. W zamian Patryk umarzał dług i przekazywał dom w Konstancinie na jej własność, dodatkowo wypłacał sto tysięcy złotych: pięćdziesiąt na początku, pięćdziesiąt po zakończeniu umowy. Były też inne zapisy: strony zgadzają się na zachowanie pozorów intymności w miejscach publicznych, trzymanie za ręce, pocałunki; strony zachowają osobne sypialnie; żadna ze stron nie będzie utrzymywać relacji romantycznych ani fizycznych z osobami trzecimi.
Izabela czuła, jak policzki pałają jej rumieńcem. To było wszystko takie zimne, techniczne. – Dlaczego pan tego potrzebuje? – zapytała cicho.
– Dlaczego potrzebuje pan udawanej żony? Patryk milczał przez długą chwilę. – Mój ojciec był właścicielem koncernu budowlanego. Zmarł pół roku temu.
Testamentem przekazał mi kontrolę nad firmą, ale pod jednym warunkiem: muszę być żonaty do końca roku. Jeśli nie spełnię tego warunku, kontrolny pakiet akcji przejdzie na moją siostrę i jej męża. – To absurdalne – wyszeptała. – Kto stawia takie warunki?
– Człowiek, który uważał, że małżeństwo czyni mężczyznę odpowiedzialnym. Który nigdy nie zaakceptował mojego wyboru pozostania singlem. Mam dwie możliwości: albo znajdę żonę, albo stracę wszystko, na co pracowałem przez piętnaście lat. – A dlaczego nie może pan po prostu znaleźć prawdziwej żony?
– zapytała, rumieniąc się. – Przecież jest pan bogaty, przystojny. Patryk uniósł brew. – Powiedzmy, że nie wierzę w małżeństwo.
Miałem okazję przekonać się, jak kończy się prawdziwa miłość. Nie zamierzam powtórzyć tego błędu. Dlatego potrzebuję aranżacji czysto biznesowej, bez emocji, bez oczekiwań. Po roku każdy z nas wraca do swojego życia.
– A co, jeśli ktoś się dowie? – Nikt się nie dowie. Dopóki oboje będziemy grać swoje role przekonująco. Dlatego potrzebuję kogoś, kto nie jest znany w moich kręgach.
Zatrudnię najlepszych instruktorów etykiety, stylu, konwersacji. Za miesiąc będzie pani wyglądać i zachowywać się jak kobieta z mojego świata. Patryk nachylił się do przodu. – Musi pani zrozumieć, że w miejscach publicznych będziemy musieli zachowywać się jak para.
Ludzie muszą uwierzyć, że jesteśmy zakochani. W prywatności będziemy żyć osobno. Ma pani własne skrzydło w rezydencji. Izabela skinęła głową.
Patryk położył na umowie eleganckie wieczne pióro. – Jeśli jest pani gotowa, proszę podpisać tutaj, tutaj i tutaj. Izabela wzięła pióro. Dłoń drżała jej tak mocno, że musiała przytrzymać ją drugą ręką.
Pomyślała o babci, o domu, o wszystkich wspomnieniach, które mogłaby stracić. Podpisała. – Dobrze – powiedział Patryk, chowając umowę do szuflady. – Ślub odbędzie się za trzy dni w urzędzie stanu cywilnego na Mokotowie.
Moja sekretarka załatwi formalności. A teraz proszę ze mną. Musimy zająć się pani wyglądem. – Moim wyglądem?
– Jest pani ładną dziewczyną, ale moja żona nie może wyglądać jak studentka w ubraniach z second-handu. Mam umówioną wizytę u stylisty. Fryzjer, makijaż, garderoba, wszystko na mój koszt. Izabela poczuła mieszankę ulgi i upokorzenia.
Gdy wychodziła za nim z gabinetu, spojrzała przez wielkie okno na Warszawę. Setki tysięcy ludzi żyjących swoim normalnym życiem. A ona właśnie podpisała się na rok życia w kłamstwie. Czarna limuzyna przemykała cicho przez ulice miasta.
Izabela siedziała z tyłu, zesztywniała, nie wiedząc, gdzie podziać ręce. Patryk przeglądał coś na telefonie, zupełnie nieświadomy jej dyskomfortu. Za oknem przemykały eleganckie dzielnice: śródmieście, Mokotów, Wilanów. Limuzyna zatrzymała się przed eleganckim budynkiem z białego kamienia.
Nad wejściem wisiał dyskretny szyld: Atelier Magdalena Kowalska. – To najlepszy salon w Warszawie – powiedział Patryk, otwierając drzwi. – Magdalena ubiera żony ministrów, dyrektorów, celebrytki. W środku panowała atmosfera luksusowej ciszy.
Z głębi wyszła kobieta po pięćdziesiątce w czarnym kostiumie, z siwymi włosami upiętymi w elegancki kok. – Jak dobrze cię widzieć, Magdaleno – Patryk lekko się ukłonił. – Dziękuję, że zgodziłaś się przyjąć nas w tak krótkim terminie. – Dla ciebie zawsze – uśmiechnęła się kobieta, po czym przeniosła wzrok na Izabelę.
– A więc to twoja narzeczona. – Tak – potwierdził Patryk. – Za trzy dni bierzemy ślub. Magdalena podeszła bliżej, badając Izabelę z zawodowym zainteresowaniem.
– Ma piękne kości policzkowe. Świetne proporcje. Skóra wymaga pielęgnacji, ale to można naprawić. Masz dobre oko, Patryk.
Pod tym wszystkim kryje się prawdziwa uroda. Przez następne trzy godziny Izabela była mierzona, ubierana, rozbierana i znów ubierana. Dziesiątki sukienek, kostiumów, bluzek przesuwały się przed nią. Stała przed ogromnymi lustrami, patrząc na swoje odbicia w ubraniach, których nigdy nie śmiałaby dotknąć.
Patryk siedział w fotelu na boku sali, obserwując to wszystko z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Izabela czuła jego wzrok na sobie cały czas i to sprawiało, że czuła się naga, mimo że była ubrana. W końcu Magdalena wybrała dziesięć kompletnych zestawów. Potem pojechali do salonu fryzjerskiego na najwyższym piętrze luksusowego hotelu.
Fryzjer, Jarosław, szczupły mężczyzna z fioletowo farbowanymi włosami, chwycił pasma jej włosów i jęknął teatralnie. – Kiedy ostatnio byłaś u fryzjera, kochanie? – Jakoś dwa lata temu. – Dwa lata.
To zbrodnia przeciwko tym pięknym włosom. Ale nic straconego. Jarosław wszystko naprawi. Po godzinie odwrócił fotel, by Izabela mogła zobaczyć efekt.
Jej włosy, wcześniej proste i matowe, teraz miały piękny połysk. Ścięte do ramion, z delikatnymi falami opływającymi twarz, podkreślały kości policzkowe i sprawiały, że oczy wydawały się większe. – Piękna – mruknął Jarosław z zadowoleniem. – Wiedziałem, że pod tym zaniedbaniem kryje się perełka.
Wizażystka Klara zabrała się do pracy z profesjonalną precyzją. Kiedy skończyła, Izabela znów spojrzała w lustro i wstrzymała oddech. Kobieta w odbiciu wyglądała jak ktoś zupełnie inny. Oczy miały głębię, usta były pełne, skóra wyglądała idealnie.
Gdy wychodzili z salonu, było już wpół do szóstej wieczorem. Izabela była kompletnie wyczerpana. – Jesteś głodna? – zapytał Patryk, gdy samochód ruszył.
– Tak. – Pojedziemy do mojego domu. Kucharka przygotuje coś do jedzenia, a przy okazji pokażę ci, gdzie będziesz mieszkać. Dwadzieścia minut później limuzyna zatrzymała się przed imponującą bramą w Konstancinie-Jeziornie.
Tak, ten sam Konstancin, gdzie stał dom babci Izabeli. Ale rezydencja Patryka była czymś zupełnie innym: nowoczesną szklaną konstrukcją, trzema piętrami, ogromnymi przeszkleniami. – To pański dom? – zapytała, nie mogąc ukryć zdumienia.
– Teraz to będzie też twój dom. Przynajmniej przez następny rok. Hol był ogromny, z podwójną wysokością i spiralną klatką schodową. Wszystko było idealne, sterylne, jakby nikt tu nie mieszkał.
– Pani Aniu – zawołał Patryk. Z głębi domu wyszła kobieta po sześćdziesiątce, okrągła, z siwymi włosami upiętymi w kok. – To jest Izabela – przedstawił ją Patryk. – Moja narzeczona.
Za trzy dni zostanie moją żoną. Izabelo, to pani Ania. Prowadzi mi dom i gotuje. – Och, jaka śliczna – pani Ania podeszła i wzięła dłonie Izabeli w swoje.
– Bardzo mi miło, kochana. Nareszcie ktoś wniesie trochę życia do tego domu. Patryk przewrócił oczami, ale w jego oczach błysnęło coś, co mogło być rozbawieniem. Pokazał Izabeli jej apartament na drugim piętrze: przestronny salon z wielkimi oknami, sypialnię z ogromnym łóżkiem, garderobę większą niż cały pokój w hostelu, łazienkę z wanną na nóżkach.
– To wszystko dla mnie? – zapytała słabym głosem. – Tak. Mój apartament jest na trzecim piętrze.
W prywatności żyjemy osobno. Została sama w tym ogromnym apartamencie. Usiadła na krawędzi łóżka, czując, jak łzy napływają jej do oczu. Nowe włosy, nowy makijaż, nowe ubrania, nowy dom.
Za trzy dni nowe nazwisko, nowe życie. Ale to nie było prawdziwe życie. To była gra, przedstawienie, kłamstwo. Kobieta w lustrze wyglądała jak ktoś, kim nie była.
Wytarła oczy, wstała i poszła umyć twarz. Musiała zejść na kolację. Musiała zacząć grać swoją rolę. Kolacja przebiegała w dziwnej ciszy.
Pani Ania podała pierogi z mięsem, barszcz czerwony i surówkę. Proste, domowe jedzenie, które kontrastowało z luksusem otoczenia. Patryk siedział naprzeciwko, przeglądając coś na tablecie. – Jutro rano o ósmej przyjdzie instruktorka etykiety – powiedział, odprowadzając ją po kolacji do drzwi apartamentu.
– Nazywa się Helena Zawadzka. Nauczy cię podstaw, których będziesz potrzebować na kolacji pojutrze. Dobranoc, Izabelo. – Dobranoc.
Około północy usłyszała kroki na korytarzu. Ciekawość zwyciężyła. Wstała, narzuciła szlafrok i cicho otworzyła drzwi. Zeszła po schodach, kierując się słabym światłem z parteru.
Światło wydobywało się z gabinetu na końcu korytarza. Przez uchylone drzwi zobaczyła Patryka. Siedział w fotelu przy kominku z lampką whisky w dłoni. Był bez koszuli.
Ale to nie sylwetka przykuła jej uwagę. Twarz Patryka wyglądała inaczej niż w ciągu dnia. Maska kontroli zniknęła. Jego rysy były zmęczone, smutne, zranione.
Na stoliku obok leżała fotografia w srebrnej ramce. Patryk co chwilę na nią zerkał, a jego szczęka zaciskała się w bólu. Izabela poczuła się jak intruz. Odwróciła się, żeby odejść, ale podłoga skrzypnęła.
– Izabela – jego głos był ostrzejszy niż zwykle. – Co ty tu robisz? – Nie mogłam spać. Usłyszałam kroki.
Przepraszam, nie powinnam była schodzić. Patryk odstawił szklankę i westchnął. – Już tu jesteś. Możesz wejść.
Wszedł do gabinetu, usiadła na krawędzi fotela naprzeciwko. – Chcesz się czegoś napić? – zapytał Patryk. – Nie piję alkoholu.
– W ogóle? – Nie miałam okazji. Nie chodziłam na imprezy. Patryk patrzył na nią z dziwnym wyrazem twarzy.
– Ile masz lat? – Dwadzieścia trzy. – I nigdy nie piłaś alkoholu, nigdy nie byłaś na imprezie? Co robiłaś przez całe życie?
– Opiekowałam się babcią. Pracowałam, czytałam książki. Nie miałam czasu ani pieniędzy na normalne życie dwudziestolatki. Patryk wziął łyk whisky.
– Żałujesz tego? – Czasami. Ale babcia była wszystkim, co miałam. Nie wyobrażam sobie, żebym mogła zostawić ją samą.
Patryk milczał przez chwilę. – Dlaczego naprawdę się zgodziłaś? – zapytał nagle. – I nie mów, że tylko przez dom.
Mógłbym dać ci pieniądze, żebyś spłaciła dług. Nie musiałaś zgadzać się na cały ten cyrk. – Bo nie miałam nic. Żadnej pracy, żadnych oszczędności, żadnej przyszłości.
Gdybym odrzuciła twoją propozycję, straciłabym dom i zostałabym z niczym. Przynajmniej teraz za rok będę miała pieniądze, żeby zacząć od nowa. – To brzmi bardzo pragmatycznie. – A ty?
– odważyła się zapytać. – Dlaczego naprawdę potrzebujesz tej umowy? Powiedziałeś, że chodzi o testament ojca, ale coś mi się wydaje, że to nie wszystko. Twarz Patryka stwardniała.
– To nie twoja sprawa. – Zostanę twoją żoną za trzy dni. Może udawaną, ale mimo wszystko. Czy nie zasługuję na prawdę?
Patryk patrzył na nią długo. W końcu wziął fotografię ze stolika i podał jej. Zdjęcie przedstawiało młodszego Patryka, uśmiechniętego, stojącego obok pięknej kobiety o ciemnych włosach. Kobieta miała rękę na jego ramieniu, a w jej oczach było coś, co mówiło o głębokiej miłości.
– To Natalia – powiedział Patryk cicho. – Moja żona. Prawdziwa żona. Zginęła siedem lat temu w wypadku samochodowym.
– Bardzo mi przykro – wyszeptała, oddając mu fotografię. – Poznaliśmy się na uniwersytecie. Była jedyną osobą, która widziała we mnie człowieka, nie tylko nazwisko i pieniądze. Pobraliśmy się, gdy miałem dwadzieścia osiem lat.
Mieliśmy plany: dom, dzieci, przyszłość. A potem pewnego wieczoru wracała z pracy. Pijany kierowca przejechał na czerwonym świetle. Natalia zginęła na miejscu.
Izabela nie wiedziała, co powiedzieć. – Po jej śmierci zamknąłem się – ciągnął Patryk. – Poświęciłem się pracy. Ojciec próbował ustawić mnie z innymi kobietami, ale nie mogłem.
Mówiłem mu, że małżeństwo to dla mnie przeszłość. Myślę, że dlatego dodał ten zapis do testamentu. Chciał mnie zmusić do życia dalej. – Nie można kogoś zmusić do miłości – powiedziała Izabela.
– Dlatego wybrałem tę drogę. Udawane małżeństwo, kontrolowana sytuacja. Żadnych emocji, żadnego ryzyka zranienia. Za rok każdy z nas wraca do swojego życia.
Izabela spojrzała na niego i po raz pierwszy zobaczyła w nim nie milionera, nie zimnego biznesmena, ale zranionego mężczyznę. – Nie wydaje mi się, żeby tak to działało – powiedziała cicho. – Nie można uciec od życia na zawsze. – Mogę spróbować.
Siedzieli w milczeniu, patrząc na ogień. Izabela wstała i podeszła bliżej, usiadła na podłokietniku jego fotela. – Posłuchaj mnie – powiedziała zdecydowanie. – Zgadzam się na tę umowę.
Będę twoją żoną przez rok. Zachowam pozory. Zrobię wszystko, czego potrzebujesz. Ale pod jednym warunkiem.
– Jakim? – Przez ten rok będziesz próbował żyć. Naprawdę żyć. Nie tylko istnieć, nie tylko pracować.
Przestaniesz się chować za tym murem. A ja też przestanę się bać. Oboje straciliśmy kogoś. Ty Natalię, ja babcię.
Ale może ten rok jest szansą, żebyśmy nauczyli się znów być ludźmi. Patryk milczał długo. W końcu wyciągnął rękę i dotknął jej policzka. Był to pierwszy raz, gdy ją dotknął w sposób, który nie był częścią umowy.
– Dobrze – powiedział cicho. – Spróbujemy. Rok minął szybciej, niż Izabela mogła sobie wyobrazić. Były lekcje etykiety, kolacje towarzyskie, przyjęcia, na których grali idealną parę.
Helena Zawadzka nauczyła ją wszystkiego: jak chodzić, jak mówić, jak trzymać kieliszek wina. Patryk wprowadził ją w swój świat, zabierał na spotkania, prezentował jako swoją żonę. Ale były też inne chwile: ciche wieczory przy kominku, sobotnie poranki ze śniadaniem w ogrodzie, spacery po Konstancinie, podczas których pokazywała mu swój stary dom. Powoli, dzień po dniu, mur między nimi zaczął pękać.
Patryk nauczył się śmiać, naprawdę śmiać, nie tylko uprzejmie się uśmiechać. Izabela nauczyła się wierzyć w swoją wartość. A potem, w którąś zimową noc, dziesięć miesięcy po ślubie, stało się coś, czego żadne z nich nie planowało. Patryk zapukał do jej drzwi późno wieczorem.
Gdy otworzyła, zobaczyła w jego oczach coś nowego: strach zmieszany z nadzieją. – Nie potrafię już tego udawać – powiedział cicho. – Nie potrafię udawać, że to tylko umowa, że nic do ciebie nie czuję. Serce Izabeli zabiło mocniej.
– Patryk, wiem, co mówi umowa…
– Wiem, że za dwa miesiące powinniśmy się rozejść. Że to miało być tymczasowe. Ale ja nie chcę, żebyś odchodziła. Chcę, żeby to było prawdziwe.
Izabela patrzyła na niego, czując łzy. – Ja też – wyszeptała. – Przestałam udawać miesiące temu. Tej nocy wszystko się zmieniło.
Patryk wziął ją za rękę i zaprowadził do swojego apartamentu. Był delikatny, cierpliwy, czuły. Gdy w końcu byli razem, naprawdę razem, Izabela krzyknęła. Nie z bólu, ale z ulgi.
Z ulgi, że wreszcie może przestać udawać, że może być sobą z kimś, kto ją naprawdę widzi. Następnego ranka Patryk obudził się pierwszy, patrząc na śpiącą Izabelę. Wstał cicho, poszedł do sejfu w swoim gabinecie i wyjął umowę, tę, którą podpisali rok temu. Wrócił do sypialni i czekał, aż się obudzi.
– Dzień dobry – wyszeptała z uśmiechem. – Dzień dobry – odpowiedział, podając jej dokumenty. – Chcę, żebyś to przeczytała. Izabela usiadła, wzięła dokumenty.
Przeczytała pierwszą stronę, drugą, trzecią. – To oryginał – powiedział Patryk. – Chcę, żebyś go zniszczyła. – Ale co z firmą?
Testament twojego ojca? – Spełniłem warunki testamentu. Byliśmy małżeństwem przez prawie rok. Firma jest moja.
Ale ta umowa nie ma już znaczenia, bo to, co mamy teraz, nie jest częścią żadnej umowy. To jest prawdziwe. Izabela wzięła kartki i powoli zaczęła je drzeć, strona po stronie, aż wszystkie leżały w kawałkach na łóżku między nimi. – A co z pieniędzmi?
– zapytała. – Masz mi zapłacić jeszcze pięćdziesiąt tysięcy. Patryk uśmiechnął się. – Zatrzymaj je.
Albo lepiej zainwestujemy je razem w remont twojego domu w Konstancinie. Możemy go zmienić w miejsce, gdzie będziemy spędzać weekendy. Izabela rzuciła mu się w ramiona, śmiejąc się i płacząc jednocześnie. – Kocham cię – powiedziała po raz pierwszy na głos.
– Ja ciebie też. I tym razem to na zawsze. Bez umów, bez warunków. Po prostu my.
Dwa miesiące później, gdy oficjalnie minął rok od ich ślubu, zorganizowali prawdziwe wesele. Tym razem w ogrodzie domu w Konstancinie, pod starym dębem, gdzie babcia Janina uczyła Izabelę czytać. Byli tam wszyscy: pani Ania, Magdalena, Jarosław, Helena, sąsiedzi, przyjaciele, których poznali przez ten rok. I gdy wymieniali śluby, tym razem prawdziwe, z serca, oboje wiedzieli, że to, co zaczęło się jako umowa biznesowa, stało się czymś znacznie większym.
Stało się prawdziwą, nieskomplikowaną, wieczną miłością.