Na Wigilię Paweł dostał od ojca pieniądze na mieszkanie, a ja komplet ręczników

Na Wigilię Paweł dostał od ojca pieniądze na mieszkanie, a ja komplet ręczników

Kiedy weszłam do kuchni, dziadek właśnie przekładał widelce z jednej strony talerzy na drugą. Na stole stało dwanaście nakryć, półmisek z pieczonym schabem był przykryty folią, a na kredensie czekał tort z cyfrą osiemdziesiąt. Z przedpokoju dochodziło ciche tykanie starego zegara po babci.

— Jesteś, Martuś — powiedział i od razu spojrzał za mnie, jakby ktoś jeszcze miał wejść po schodach.

Miałam wtedy pięćdziesiąt dwa lata i dobrze znałam ten odruch. Dziadek Stanisław przez całe życie wypatrywał rodziny. Mieszkał sam w niewielkim bloku w Płońsku, odkąd dwa lata wcześniej zmarła babcia Helena. Po jej pogrzebie wszyscy mówili, że będziemy zaglądać częściej. Przez pierwsze trzy tygodnie rzeczywiście ktoś prawie codziennie przynosił zupę, ciasto albo zakupy. Potem każdy wrócił do swoich spraw.

Na osiemdziesiąte urodziny dziadek przygotowywał się od kilku dni. Sam zadzwonił do córki, dwóch synów, wnuków i prawnuków. Ja też obdzwoniłam rodzinę, bo bałam się, że ktoś pomyli sobotę z niedzielą. Wszyscy potwierdzili.

Mama obiecała przyjechać wcześniej i zrobić sałatkę jarzynową. Wujek Andrzej miał przywieźć napoje. Kuzynka Monika powiedziała, że zamówi kwiaty, bo „osiemdziesiątka jest tylko raz”.

Pracowałam wtedy w biurze rachunkowym i tego dnia zamknęłam komputer później, niż planowałam. Gdy wysiadałam z samochodu przed blokiem dziadka, była prawie piętnasta. Na parkingu stał tylko jego wysłużony opel i mój samochód.

Na klatce pachniało kapustą od sąsiadów. Pomyślałam jeszcze, że może wszyscy zaparkowali od strony osiedlowego sklepu.

Nie zaparkowali.

Dziadek usiadł przy stole, ale nie na swoim zwykłym miejscu przy oknie. Wybrał krzesło z boku, jakby zostawiał komuś ważniejszemu miejsce u szczytu.

— Gdzie mama? — zapytałam.

Poprawił serwetkę.

— Napisała, że źle się czuje. Andrzejowi coś wypadło. Monika ma podobno dzieci przeziębione.

— A reszta?

— Ludzie mają swoje życie.

Powiedział to spokojnie. Potem wstał i poszedł sprawdzić ziemniaki, choć palnik był już wyłączony. Zobaczyłam przy zlewie trzy blachy, miskę po cieście i garnek po rosole. Musiał od rana gotować sam.

Dziadek nie był człowiekiem, który wypominał. Kiedy mama po rozwodzie nie miała na czynsz, przez kilka miesięcy dopłacał jej z emerytury. Wujkowi pożyczył pieniądze na używany samochód, żeby mógł dojeżdżać do pracy. Monice pilnował córki, kiedy wróciła po urlopie macierzyńskim. Jeszcze rok wcześniej, mimo bolących kolan, jechał autobusem na drugi koniec miasta, żeby zawieźć prawnukowi zapomniany strój na szkolne przedstawienie.

— Dziadku, zadzwońmy do nich.

— Nie ma po co. Jak ktoś nie może, to nie może.

Telefon leżał obok cukiernicy. Co chwilę podświetlał ekran. „Wszystkiego najlepszego!” „Sto lat!” „Nadrobimy następnym razem.” Dziadek czytał wiadomości bez okularów, mrużąc oczy, i każdemu odpisywał tak samo: „Dziękuję, kochani”.

Ukroiłam tort. Zaśpiewałam mu „Sto lat” sama, trochę za szybko. Sąsiadka z naprzeciwka, pani Krystyna, zapukała po czwartej z małą doniczką wrzosów. Zajrzała do pokoju, zobaczyła nakryty stół i tylko ściszyła głos.

— Myślałam, panie Stasiu, że będzie tu dzisiaj tłum.

— Młodzi zajęci — odpowiedział.

Nie poprawiłam go.

Wieczorem pakowaliśmy jedzenie do plastikowych pojemników po lodach. Dziadek liczył, co można zamrozić, a co oddać sąsiadce. W szufladzie pod obrusem znalazłam stary zeszyt. Na pierwszej stronie babcia zapisywała kiedyś rodzinne imieniny i urodziny. Dalej dziadek dopisał ołówkiem nazwiska prawnuków, daty przedstawień, wizyt u lekarza mamy, nawet termin obrony pracy magisterskiej Moniki.

Przy żadnym nazwisku nie było zapisane, kto mu coś zawdzięcza. Nie trzymał też kartek z kwotami, choć dobrze wiedziałam, ile razy ratował kogoś przed zaległym rachunkiem albo pożyczał pieniądze do pierwszego.

Tydzień później zaprosiłam rodzinę do dziadka na niedzielny obiad. Nie pisałam po co. Napisałam tylko, że chciałabym, żebyśmy usiedli razem przy stole. Tym razem prawie wszyscy znaleźli czas.

Mama przyszła z sernikiem. Andrzej przyniósł kawę, a Monika bukiet tulipanów. Dziadek był wyraźnie skrępowany. Przez pierwsze dziesięć minut rozmawialiśmy o pogodzie, cenach w osiedlowym sklepie i remoncie windy.

W końcu położyłam na stole zeszyt babci.

— Znalazłam go tydzień temu.

Mama od razu poznała okładkę.

— Mama wszystko tam zapisywała.

— Dziadek też.

Przesunęłam zeszyt w stronę Andrzeja. Nie robiłam zdjęć pustych krzeseł ani nie chciałam nikogo przyłapać na kłamstwie. Wystarczało mi, że pamiętałam tamten stół.

— W sobotę było tu dwanaście nakryć — powiedziałam. — I tylko dwa zajęte.

Mama zaczęła tłumaczyć, że bolała ją głowa. Andrzej mówił o dodatkowej zmianie. Monika przypomniała o katarze dzieci. Dziadek nalał sobie kompotu i patrzył w szklankę.

— Dajcie spokój — mruknął. — Minęło.

— Tato, ale…

— Minęło — powtórzył.

Wtedy Monika odłożyła widelec.

— Dziadku, ja po prostu nie chciałam jechać. Dzieci rzeczywiście miały katar, ale mogłam przyjechać sama. Byłam zmęczona i uznałam, że zobaczymy się kiedy indziej.

Nikt się nie odezwał.

Andrzej podrapał się po brodzie.

— Ja też nie byłem w pracy. Pojechałem z kolegą na działkę. Głupio mi teraz.

Mama długo mieszała herbatę, choć nie wsypała cukru.

— Myślałam, że będziecie wszyscy — powiedziała w końcu. — Pomyślałam, że jak mnie zabraknie, to przecież tata nie będzie sam.

Dziadek podniósł głowę.

— Każdy chyba tak pomyślał.

Nie powiedział nic więcej.

Po obiedzie mama została zmywać, Andrzej wyniósł śmieci, a Monika przejrzała z dziadkiem zdjęcia z szuflady kredensu. Nie było wielkich przeprosin. Nikt nie obiecywał, że od tej chwili staniemy się wzorową rodziną.

W następnych miesiącach bywało różnie. Andrzej nadal potrafił nie zadzwonić przez dwa tygodnie. Mama czasem przekładała wizytę. Monika zaczęła jednak wpadać z dziećmi częściej, zwykle bez zapowiedzi. W niedziele ktoś przywoził ciasto, ktoś robił kawę, czasem siedzieliśmy tylko godzinę.

Jesienią, w dzień imienin dziadka, przyszłam trochę później. Na klatce schodowej usłyszałam śmiech jeszcze zanim otworzyłam drzwi. W kuchni brakowało krzeseł, więc Andrzej siedział na taborecie, a najmłodszy prawnuk jadł sernik przy kredensie.

Dziadek zobaczył mnie w przedpokoju i wskazał ręką na stół.

— Marta, dostaw sobie krzesło z pokoju. Jakoś się pomieścimy.

Zdjęłam płaszcz i poszłam po krzesło. Na parapecie stała ta sama doniczka z wrzosami od pani Krystyny, już trochę przesuszona. Dziadek nalał mi herbaty do filiżanki po babci i wrócił do rozmowy, zanim zdążyłam usiąść.