Gdy gorący wiatr uginał suchą trawę na mojej ziemi w Wyoming, w 1888 roku, nie przypuszczałem, że tego dnia wszystko się zmieni. Ręka instynktownie zacisnęła mi się na kolbie Winchestera, gdy…

Gdy gorący wiatr uginał suchą trawę na mojej ziemi w Wyoming, w 1888 roku, nie przypuszczałem, że tego dnia wszystko się zmieni. Ręka instynktownie zacisnęła mi się na kolbie Winchestera, gdy...

Elias Vance patrzył, jak gorący wiatr ugina wysoką, suchą trawę na jego ziemi. Każde źdźbło, które się pochylało, przypominało mu, jak kruche jest życie na skraju Terytorium Wyoming w roku 1888. Jego ranczo było zarówno twierdzą, jak i więzieniem. Ziemia wykupiona krwią i potem, której bronił z zawziętością człowieka, który nie ma już nic do stracenia.

Thumbnail

Jego twarz, spalona słońcem i wiatrem, była mapą bólu. Pięć lat temu stracił żonę i syna podczas napadu, o którym był święcie przekonany, że przeprowadzili go Czejenowie. Od tamtej pory jego nienawiść do nich była tak stała jak Gwiazda Polarna. Tego ranka upał był wyjątkowo duszący.

Kiedy dostrzegł postać poruszającą się u podnóża wzgórza, gdzie rosły cenne zioła, jego ręka instynktownie zacisnęła się na kolbie Winchesteru leżącego na siodle. Apałacz. Postać ubrana była w skórę jelenią. Zbierała coś do skórzanego woreczka.

To była kobieta. Indianka. – Co ty tu, do diabła, robisz? – zagrzmiał, zmuszając konia do zjazdu ze zbocza.

Kobieta odwróciła się błyskawicznie. To była Ajana. Jej oczy. , ciemne jak obsydian.

, wbiły się w niego bez cienia strachu. , chociaż jej dłoń mocno ściskała nóż przy pasie. Nie był to jednak nóż bojowy. To było narzędzie.

– Zbieram zioła – odpowiedziała spokojnie. Głos miała jak wiatr przed burzą. – To moja ziemia – warknął Elias. – I nie zniosę was tutaj.

To słowo wypluł jak truciznę. Ajana wyprostowała się. – Ziemia nie należy do nikogo. , biały człowieku.

Biorę tylko to. , co daje Wielki Duch. , żeby leczyć. – Kłamiesz – uciął.

– Wy wszyscy tylko bierzecie. – Szukam korzenia oszy – powiedziała. , ignorując jego obelgę. Jej głos nabrał pilności.

– Siostrzeniec mojej siostry płonie w gorączce. Potrzebuje lekarstwa. Elias zawahał się na ułamek sekundy. Obraz chorego dziecka przebił się przez jego pancerz.

, ale natychmiast go stłumił. – To nie mój problem. Znikaj stąd. Ajana spojrzała na niego długo.

, ze smutkiem. Potem bez słowa odwróciła się i zaczęła wspinać z powrotem ku skałom. Elias patrzył za nią. Gniew i niechętny podziw dla jej odwagi mieszały się w nim.

Zrobiła dwa kroki. , gdy nagle przystanęła z cichym syknięciem i chwyciła się za kostkę. Krzaki obok niej zaszumiały charakterystycznym grzechotaniem. Grzechotnik.

A Jana powoli się odwróciła. Twarz miała bladą. , usta zaciśnięte z bólu. Uniosła wzrok na Eliasa.

– Nie czuję tego – powiedziała cicho. , wskazując nogę. Elias spojrzał na opuchnięte ślady po kłach i zaklął pod nosem. Zeskoczył z konia.

, zanim zdążył się zastanowić. Wąż wciąż był zwinięty. , gotowy do ponownego uderzenia. Rozległ się ogłuszający strzał i łeb gada eksplodował w krwawej mgle.

– Coś ty zrobiła? – wrzasnął bardziej do siebie niż do niej. Adrenalina buzowała mu w żyłach. A Jana oparła się o skałę.

, próbując utrzymać się na nogach. – Grzechotnik – rzucił. , patrząc na jej kostkę. Dwie małe.

, złowrogie kropki. , z których sączyła się już krew zmieszana z jadem. Obrzęk szybko się powiększał. Wiedział.

, że ma minuty. , nie godziny. Do jej wioski było za daleko. Do jego szałasu blisko.

Przeklął głośno. , aż Apałacz się wzdrygnął. – Tego mi jeszcze brakowało. Podszedł do niej.

A Jana napięła się. , spodziewając się ciosu. Zamiast tego Elias chwycił ją jak worek mąki. , przerzucił sobie przez ramię i niezdarnie posadził na koniu.

Sam dosiadł siodła za nią. , jedną ręką przytrzymując ją. , żeby nie spadła. , drugą ujmując wodze.

– Trzymaj się – warknął. – Jak mi tu umrzesz. , to tylko narobisz mi roboty z kopaniem. A Jana była zbyt oszołomiona bólem i szybko działającym jadem.

, by protestować. Gdy koń ruszył galopem w stronę jego odległego szałasu. , jej głowa opadła na jego plecy i straciła przytomność. Elias Vance.

, człowiek. , który przysiągł sobie. , że nigdy więcej nie pomoże nikomu z jej ludu. , właśnie niósł Czejenkę.

, żeby ratować jej życie. Elias kopniakiem otworzył drzwi szałasu i wniósł Ajanę do środka. Położył ją na swoim surowym posłaniu. Jej ciemne włosy rozsypały się po kocu jak krucze skrzydła.

Na zewnątrz koń niecierpliwie parskał. , ale Elias go zignorował. Musiał działać szybko. Sięgnął po nóż myśliwski.

A Jana zamrugała. Gorączka i jad mąciły jej wzrok. Zobaczyła błysk stali i jej oczy rozszerzyły się z przerażenia. Spróbowała się odsunąć.

– Leż spokojnie. , kobieto – rozkazał. , choć jego głos był szorstki bardziej. , niż zamierzał.

– Muszę wyciągnąć z ciebie jad. Bez ostrzeżenia przeciął mokasyn i nogawkę spodni przy kostce. Obrzęk był paskudny. , skóra napięta i fioletowa.

Przycisnął ostrze do ran i naciął je na krzyż. , otwierając drogę jadowi. A Jana krzyknęła. Ostry.

, przeszywający dźwięk przeciął ciszę szałasu. Potem Elias zrobił coś. , co kosztowało go całą siłę woli. Pochylił się i przycisnął usta do jej skóry.

Zaczął wysysać jad. , wypluwając gorzką. , palącą ciecz na glinianą podłogę. Robił to raz po raz.

, czując. , jak trucizna piecze mu wargi i język. , aż rana zaczęła krwawić prawie czystą krwią. Kiedy skończył.

, wytarł usta grzbietem dłoni. , wstał. , chwycił butelkę whisky ze stołu i bez wahania wylał jej część na ranę. A Jana znów krzyknęła.

, a jej ciało wygięło się w agonii. , zanim opadła z powrotem na poduszkę. Resztę butelki Elias przytknął do jej ust. – Pij.

Zakrztusiła się i zapiszczała. , ale przełknęła trochę palącego płynu. Reszta nocy była zamazana. Gorączka uderzyła z pełną siłą.

Elias darł pasy tkaniny. , moczył je w zimnej wodzie ze studni i przykładał jej do czoła. Siedział przy posłaniu. , z karabinem na kolanach.

, i obserwował. Patrzył. , jak jej klatka piersiowa unosi się i opada. Patrzył.

, jak jej usta szepczą słowa w języku. , którego nie rozumiał. W delirycznym stanie wołała imiona: Taatanka. , Nina.

Te imiona budziły w nim stare demony. To on powinien być tym,, który ją osądza. Zamiast tego mył jej twarz i utrzymywał ją przy życiu. To było absurdalne.

To było sprzeczne ze wszystkim,, w co wierzył przez ostatnie pięć lat. Nad ranem gorączka złamała się. Elias był wyczerpany. Kiedy otworzyła oczy.

, były jasne,, choć słabe. Patrzyła na niego długo,, badawczo. – Dlaczego? – szepnęła.

Elias wstał i odwrócił się. – Nie potrzebuję martwej Indianki na swojej ziemi. To tylko kłopoty. A Jana powoli usiadła.

Ból w nodze wciąż był ostry,, ale jad zniknął. – Uratowałeś mnie. – Nie zrobiłem tego dla ciebie – skłamał. – Nie – zgodziła się cicho.

– Zrobiłeś to dla siebie. Popatrzyła na jego ręce,, twarde i zrogowaciałe,, ale teraz poplamione ziołami,, które próbował mieszać według tego,, co zapamiętał od żony. To były ręce,, które zabijały. Ale też ręce,, które leczyły.

Przez następne dni cisza między nimi była ciężka. Elias pracował na zewnątrz,, ale zawsze wracał,, żeby przynieść jej wodę albo trochę wywaru z królika. A Jana powoli wracała do zdrowia. Kostka wciąż była spuchnięta,, ale mogła już ostrożnie poruszać się po szałasie.

Pewnego wieczoru,, gdy burza smagała szałas deszczem,, Elias wrócił przemoczony do suchej nitki i A Jana podała mu suchy koc. Ich palce zetknęły się na chwilę. To było jak uderzenie pioruna. – Mój siostrzeniec – zaczęła Ajana.

– Ma na imię Mały Jeleń. Elias znieruchomiał. – Dla niego był ten korzeń – skinęła głową. – Jego ojciec został zabity przez białych.

Tak samo jak twoja żona. Elias zesztywniał. Jego oczy stały się jak lód. – Skąd wiesz o mojej żonie?

– Ludzie mówią. Duchy też. Widzę ból w twoich oczach. Jest taki sam jak mój.

Wskazała bliznę na swoim ramieniu. – To po tym samym napadzie,, który zabrał ci rodzinę. To nie Czejenowie wtedy atakowali. To byli bandyci,, biali przebrani za Indian,, żeby rozpętać wojnę.

Elias patrzył na nią. Chciał krzyczeć,, że kłamie,, ale w jej oczach widział prawdę,, którą przez pięć lat odtrącał. Wszyscy byli ofiarami tej samej okrutności. Nienawiść,, którą tak pieczołowicie hodował,, opierała się na kłamstwie.

Osunął się na krzesło i po raz pierwszy od pięciu lat pozwolił sobie poczuć druzgocącą stratę,, nie maskując jej gniewem. A Jana podeszła i położyła mu dłoń na ramieniu. Elias nie cofnął się. Ten dotyk,, który jeszcze tydzień temu kazałby mu sięgnąć po broń,, był teraz jedynym punktem oparcia w jego walącym się świecie.

Rehabilitacja nogi Aany była powolna,, ale jej obecność w szałasie zaczęła zmieniać więcej niż tylko porządek w izbie. Elias,, który przez lata żył tylko z ciszą i wyrzutami sumienia,, powoli przywykł do dźwięku jej głosu. Rozmawiali najpierw tylko o rzeczach praktycznych: o wodzie,, jedzeniu,, burzy. Ale z czasem rozmowy stawały się głębsze.

A Jana opowiadała mu o ziołach. Pokazała mu,, jak korzeń oszy,, który przyszła zebrać,, może leczyć nie tylko gorączkę,, ale i smutek,, jeśli się go odpowiednio przygotuje. Mówiła o równowadze. – Jad grzechotnika jest potężny – powiedziała mu pewnej nocy,, gdy siedzieli przy ogniu,, a Elias naprawiał skórzane wodze.

– Ale w małej ilości to też lekarstwo,, tak samo jak ból. Jeśli cię nie zabije,, może cię wzmocnić. Elias słuchał. Po raz pierwszy od lat naprawdę słuchał kogoś innego niż głosy we własnej głowie.

Zaczął widzieć w niej więcej niż tylko Czejenkę. Widział kobietę,, silną,, mądrą,, która znała stratę tak intymnie jak on. Patrzył na jej ręce,, delikatnie rozcierające zioła,, i przypomniał sobie,, jak bał się jej dotyku. Teraz pragnął go.

Pewnego dnia,, gdy Ajana mogła już chodzić prawie bez bólu,, Elias wrócił z polowania. Zamiast zwykłego wywaru zastał szałas pachnący czymś innym. A Jana użyła trochę jego mąki i suszonych jagód,, które znalazła,, i upiekła na ogniu małe placki. – Czuję się już lepiej – powiedziała z nieśmiałym uśmiechem.

– Muszę spłacić dług. Elias wziął placek. Był ciepły i słodki. Gdy ich spojrzenia się spotkały,, zobaczył w jej oczach wdzięczność,, ale też coś głębszego.

Coś,, co odbijało jego własne rodzące się uczucie. – Nie ma tu żadnego długu – powiedział ochrypłym głosem. – To ja byłem dłużnikiem prawdy. Tego wieczoru Elias nie umył się przy studni jak zwykle,, ale zagrzał wodę i umył się w szałasie.

A Jana rozplotła włosy. Cisza między nimi nie była już ciężka,, ale pełna oczekiwania. – Elias – powiedziała cicho. – Muszę wkrótce wrócić do swojego ludu.

Mały Jeleń mnie potrzebuje. Te słowa uderzyły go jak policzek. Myśl,, że szałas znów będzie cichy i pusty,, była nie do zniesienia. – Wiem – powiedział.

Podeszła do niego. Stali tak blisko,, że czuł ciepło jej ciała. – Dziękuję ci za uratowanie życia. – A Jano – wyszeptał jej imię.

Po raz pierwszy wypowiedział je na głos. Zabrzmiało jak modlitwa. Uniosła dłoń i dotknęła blizny na jego policzku,, pozostałości po dawnej walce. Elias zamknął oczy,, zaskoczony delikatnością jej dotyku.

Kiedy je otworzył,, jej twarz była tuż przy jego twarzy. Nie myślał. Po prostu działał. Pochylił się i pocałował ją.

To nie był pocałunek gniewu ani rozpaczy,, ale pocałunek odkrywania. Pocałunek dwóch dusz,, które zbyt długo błądziły po pustkowiu i w końcu znalazły oazę. A Jana odpowiedziała na pocałunek. Jej usta były miękkie i smakowały dzikimi jagodami i dymem.

Tej nocy zbiżyły się nie tylko ich ciała,, ale i ich światy. W małym szałasie pośrodku wrogiego terytorium dwoje ludzi,, których miała dzielić nienawiść,, znalazło wspólną ziemię. Elias zdał sobie sprawę,, że jad grzechotnika był łatwym lekarstwem w porównaniu z jadem uprzedzeń,, który prawie go zniszczył. A Jana,, która przyszła szukać lekarstwa dla siostrzeńca,, znalazła lekarstwo na ból,, o którym nawet nie wiedziała,, że wciąż go nosi.

Rano przyniosło nową rzeczywistość. Słońce świeciło jaśniej,, powietrze było czystsze,, ale przyniosło też to,, co nieuniknione. – Pójdę z tobą – powiedział Elias,, gdy Ajana zbierała swoje rzeczy. – Odprowadzę cię do wioski.

A Jana zatrzymała się. – Nie możesz. Nie jesteś tam mile widziany. Mój lud się ciebie boi.

Tak jak ty bałeś się mnie. – Niech się boją – odparł Elias z uporem. – Ale już nie pozwolę ci iść samej. A Jana ujęła jego twarz w dłonie.

– To nie jest twoja walka i nie moja. To nasza. Ale musimy być mądrzy. Jeśli pojawisz się tam ze mną,, mój lud zobaczy w tobie zagrożenie.

– A twoi ludzie? – zapytała. Zaśmiał się gorzko. – Moi ludzie?

Nie mam żadnych ludzi. Tylko to ranczo. – Masz mnie – powiedziała Ajana prostym,, ale prawdziwym zdaniem. Wiedział,, że ma rację.

Ich więź narodziła się w izolacji. Jak mogłaby przetrwać w świecie pełnym nienawiści? – Więc co proponujesz? – zapytał.

– Wrócę sama. Powiem mojemu ludowi,, co się stało. Powiem im o człowieku,, który mnie uratował,, a ty zostaniesz tutaj i będziesz czekać. – Czekać?

– Nie podobało mu się to. – Tak. Czekać. Aż nadejdzie czas i wrócę po korzeń oszy.

– Uśmiechnęła się. – A może też po ciebie. Elias się zaśmiał. To był dźwięk,, który Ajana słyszała po raz pierwszy,, głęboki i pełny życia.

– Na to możesz liczyć. Odprowadził ją na skraj swojej ziemi. Nie przytulili się,, nie dali sobie pocałunku na pożegnanie. Świat patrzył,, ale ich spojrzenia mówiły wszystko.

Kiedy Ajana zniknęła za granią,, Elias nie wrócił do szałasu. Zamiast tego pojechał do miasta. Nie do saloonu,, żeby utopić smutek. Pojechał do sklepu,, kupił mąkę,, cukier i tytoń.

Kupił też czerwoną wełnianą derkę,, najlepszą,, jaką mieli. Kiedy wrócił,, zostawił zawiniątko na szczycie wzgórza,, gdzie się spotkali po raz pierwszy. Jak ofiarę. Jak znak.

Trzy dni później zawiniątka nie było. Na jego miejscu leżało pojedyncze orle pióro i mały woreczek z suszonym korzeniem oszy. Elias wziął pióro i zatknął je za pas. Popatrzył w stronę wioski Czejenów,, już nie z nienawiścią,, ale z nadzieją.

A Jana miała rację. Ich mir był kruchy,, ale prawdziwy. Kiedy Ajana wróciła do swojego ludu,, przyniosła nie tylko lekarstwo dla Małego Jelenia,, ale też opowieść. Opowieść o człowieku,, którego serce było twarde jak ziemia Wyoming,, ale który potrafił się zmienić.

Starszyzna słuchała. Niektórzy byli sceptyczni,, ale Tatanka,, potężny wojownik,, który od dawna ją podziwiał,, widział zmianę w jej oczach. – Ten biały cię otruł – powiedział jej Tatanka na osobności. – Nie – odpowiedziała Ajana spokojnie.

– On pomógł mi wyleczyć jad,, który wszyscy nosiliśmy w sobie. Elias tymczasem pracował na ranczu,, ale to nie był już ten samotny,, zgorzkniały człowiek. Zaczął naprawiać zagrody,, które latami niszczały. Nawet kupił kilka nowych krów.

Gdy pojechał do miasta po zapasy,, farmer Josiah Blackwood,, który miał chrapkę na jego ziemię,, zauważył zmianę. – Wyglądasz lepiej,, Vance – powiedział z przymilnym uśmiechem. – Przestałeś pić. – Znalazłem coś lepszego niż whisky,, Blackwood – odpowiedział Elias,, a jego oczy na chwilę spotkały się ze wzrokiem Tatanki,, który stał po drugiej stronie ulicy i cicho go obserwował.

Tego wieczoru Elias wrócił na ranczo. Ogień w kominku wesoło trzaskał. Przywykł już do ciszy,, ale to była inna cisza. Cisza pełna oczekiwania.

Usłyszał cichy odgłos kopyt. Nie Apałacza. Wyszedł na zewnątrz z karabinem w ręku,, ale serce waliło mu jak młotem. W cieniach stała Ajana.

Nie była sama. Obok niej stał Mały Jeleń,, teraz już zdrowy,, i trzymał ją za rękę. – Przyszłam po to – zaczęła z uśmiechem. – Po swoje lekarstwo.

Elias oparł karabin o ścianę,, podszedł do niej i po raz pierwszy dotknął jej przy kimś innym. Wziął jej dłoń w swoją. – Witaj w domu – powiedział. To nie był koniec ich problemów.

Świat wokół nich nie zmienił się z dnia na dzień. Wciąż była nieufność. Wciąż był Josiah Blackwood,, który czyhał na ich ziemię. I wciąż byli ludzie po obu stronach,, którzy nie rozumieli.

Ale gdy Elias podniósł Małego Jelenia i posadził go na Apałaczu,, a Ajana stała obok,, trzymając go za rękę,, wiedzieli,, że ich miłość jest najpotężniejszym lekarstwem. To było coś,, o co warto walczyć. To nie była tylko historia miłosna z Dzikiego Zachodu. To był początek nowej rodziny zbudowanej na gruzach starej nienawiści.

I to był najszczęśliwszy koniec ze wszystkich.