Mroźne lutowe powietrze przeszływało Warszawę, gdy Julian Wieczorek przeglądał dokumenty w swoim biurze na trzydziestym piętrze wieżowca. Panoramiczny widok na miasto pokryte świeżym śniegiem zwykle sprawiał mu przyjemność, ale dziś ledwo go zauważał. Julian, trzydziestoośmioletni miliarder i właściciel firmy Wieczorek Technologies, lidera w dziedzinie oprogramowania do automatyzacji procesów przemysłowych w Europie Wschodniej, miał problem. Jego matka, Danuta Wieczorek, mimo swojego arystokratycznego pochodzenia i wysokiej pozycji w warszawskim towarzystwie, miała zadziwiającą zdolność do bezpośredniego wyrażania swojego niezadowolenia z jego stanu cywilnego.

Każda rozmowa z nią kończyła się pytaniem o to, kiedy wreszcie się ustatkuje i da jej wnuki. Westchnął ciężko i sięgnął po telefon, ale zamiast tego wrócił wzrokiem do ekranu laptopa, na którym widniały niepokojące raporty. Sekretarka właśnie weszła do biura, aby przypomnieć mu o nadchodzącym spotkaniu, ale zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, drzwi otworzyły się z rozmachem. Do środka wpadła jego siostra Agata, zarumieniona z podniecenia, trzymając w ręku telefon.
– Braciszku, musisz mi pomóc – powiedziała bez żadnego wstępu, zrzucając płaszcz na krzesło. – Wiem, że to zabrzmi szalenie, ale mam tylko kilka tygodni na zorganizowanie wszystkiego, a nasza matka już planuje, co powie na moim ślubie. Julian uniósł brwi, zaciekawiony, ale też znużony. – Twoim ślubie?
Chyba ci się spieszy. Ostatnio, gdy rozmawialiśmy, nie było nawet mowy o zaręczynach. – Bo nie ma żadnych zaręczyn – odpowiedziała Agata, sadowiąc się wygodniej na krześle naprzeciwko biurka, skubiąc brzeg rękawa sukienki. – Jest tylko Tomek i ja.
I nasze dziecko w drodze. Zapadła cisza. Julian patrzył na siostrę przez chwilę, próbując przetworzyć jej słowa. Potem powoli odłożył długopis i pochylił się do przodu, ściskając mostek nosa palcami.
– Chyba żartujesz. Ile czasu? – zapytał, starając się brzmieć spokojnie. – Trzy miesiące – odpowiedziała cicho, spuszczając wzrok.
– Wiem, że to nie było w planach, ale kochamy się. A matka nigdy nie zaakceptuje tego, że urodzę dziecko bez ślubu. Wolę zorganizować wszystko szybko i po cichu, niż męczyć się z jej komentarzami przez lata. – Trzy miesiące to mało czasu – mruknął Julian, ale wiedział, że nie ma sensu dyskutować z Agatą, gdy już coś postanowiła.
– Co masz na myśli, mówiąc „po cichu”? Całe towarzystwo Warszawy już pewnie plotkuje, a matka rozsyła zaproszenia. – Właśnie dlatego potrzebuję twojej pomocy – powiedziała, wstając i obchodząc biurko, aby stanąć obok niego. – Chcę, żebyś był moim świadkiem.
A na weselu ma być tylko najbliższa rodzina i kilkoro przyjaciół. Ale jest jeszcze jedna sprawa. – Jaka? – zapytał nieufnie.
– Musisz przyprowadzić ze sobą kogoś. Kogoś, kto odwróci uwagę matki od mojego brzucha. Kogoś, kogo ona zaakceptuje jako twoją partnerkę. Julian wybuchnął krótkim, ironicznym śmiechem.
– Agato, mówisz o wynajęciu aktorki? – Nie mówię o aktorce – odparła cicho, ale stanowczo. – Mówię o tym, że masz przestać być sam. Matka nie przestanie cię swatać, dopóki nie zobaczysz kogoś u swojego boku.
Wystarczy jedna wieczorna znajomość, jedna kolacja, jeden dzień wesela. Potem możecie się rozejść. Nikt nie musi wiedzieć, że to była przykra konieczność. Julian wstał i podszedł do okna, patrząc na zaspy śniegu lśniące w świetle latarni.
Energia w pokoju zgęstniała, ale on nie czuł gniewu. Czuł tylko zmęczenie. Wszystko, co robił w życiu, sprowadzało się do liczb, kodów i oprogramowania. Kobiety przewijały się przez jego świat, ale żadna nie została na dłużej, bo on nie pozwalał im się zbliżyć.
Może właśnie nadszedł czas, aby zmienić swoje podejście. – Nie wiem – przyznał w końcu, odwracając się do niej. – To nie jest w porządku wobec kogoś, kto zgodzi się na taki układ. Chyba nikt rozsądny by się na to nie zgodził.
– A może ktoś, kto ma własne powody, żeby się zgodzić – powiedziała Agata, wyciągając z torebki wizytówkę. – Spotkałam kobietę w klubie fitness. Nazywa się Nikola. Jest historyczką sztuki, właśnie wróciła z zagranicznych stypendiów.
Jest piękna, bystra i ma poważne problemy finansowe. Może się zgodzi, jeśli odpowiednio zapłacisz. Julian wziął wizytówkę i obrócił ją w palcach. Na papierze widniało imię „Nikola Wilk” i adres jednej z kawiarni w centrum miasta.
– Co łączy ciebie i tę Nikolę? – Nic – przyznała Agata. – Po prostu rozmawiałam z nią o dzieciach i planach, a ona wspomniała o funduszach na badania. Potem dodałam coś o tobie, a ona wydawała się zainteresowana.
Nie obiecuję, że się zgodzi, ale może cię wysłuchać. Co masz do stracenia? – Może wolność, spokój i resztki prywatności – mruknął Julian, ale schował wizytówkę do kieszeni marynarki. Następnego dnia rano, gdy wstał wcześnie i nadal czuł zapach śniegu topniejącego na szybie, Julian postanowił zadzwonić pod numer z wizytówki.
Odebrała po drugim sygnale – niski, nieco chłodny głos, który natychmiast go zaintrygował. – Nikola Wilk, słucham. – Dzień dobry, nazywam się Julian Wieczorek – powiedział, starając się, by jego głos brzmiał rzeczowo. – Dostałem pani numer od Agaty, mojej siostry.
Mówiła, że wspominała pani o pewnej zawodowej okazji, a ja… cóż, może moglibyśmy porozmawiać przy kawie. Jeśli ma pani czas. W słuchawce zapadła krótka cisza. Potem usłyszał delikatny chichot – ciepły, natychmiast wyrażający inteligencję, która go onieśmieliła.
– Agata mi mówiła, że pan zadzwoni. Jestem ciekawa, co tak pilnego musi pan ustalić z kimś, kogo pan nigdy nie widział. – To dotyczy ślubu mojej siostry i pewnej nietypowej umowy. Myślę, że powinna pani usłyszeć szczegóły.
– W takim razie zapraszam dziś o czwartej do kawiarni „Pod Lwem” na starej Pradze. Niech pan przyjdzie sam, dobrze? – Oczywiście – odpowiedział, zanim w ogóle się zastanowił. – Do zobaczenia.
***
Punktualnie o czwartej Julian stanął przed kawiarnią o eleganckich, pordzewiałych drzwiach. Wewnątrz unosił się zapach świeżo mielonej kawy i po lekko podniszczonych ścianach biegły antresole pełne starych książek. W głębi, przy oknie, ujrzał kobietę o kasztanowych włosach upiętych w luźny kok, które mimo prób ujarzmienia wymykały się pojedynczymi pasmami. Była ubrana w prostą, czarną sukienkę bez rękawów i wełniany sweter niedbale zarzucony na ramiona.
Marszczyła brwi nad grubą książką, najwyraźniej nie zauważając go od razu. Gdy się w końcu przesunął, drgnęła, podniosła wzrok, a przez jej twarz przemknął cień zaskoczenia, a potem ciekawość. – Julian? – zapytała, chociaż zabrzmiało to jak stwierdzenie.
– Usiądź proszę. Siedział naprzeciwko niej, próbując zachować spokój, ale jej obecność zdawała się wypełniać całą przestrzeń. Zamówił czarną kawę bez cukru, chociaż zwykle dodawał mleko, tylko po to, by zyskać chwilę na zebranie myśli. – Widzę, że domyśla się pan, po co przyszedłem – zaczął, ale przerwała mu dźwiękiem, który był tak niski i melodyjny, że mimowolnie przestał słyszeć własne myśli.
– Domyślam się, że chodzi o jakąś nietypową propozycję. Agata wspomniała, że jest pan sam, że ma pan problemy z matką, a ślub siostry to doskonała okazja, żeby pokazać światu, że nie jest pan niewidzialny. Julian uniósł brew, ale nie był zaskoczony jej dociekliwością. – Coś w tym jest.
Ale najpierw chcę zapytać, dlaczego w ogóle poświęca mi pani swój czas. Agata powiedziała, że ma pani jakieś plany zawodowe. Jakie? Nikola odłożyła łyżeczkę, prostując się.
Z jej oczu widać było, że bierze na poważnie każdą minutę swojego życia. – Jestem konserwatorką dzieł sztuki. Specjalizuję się w malarstwie renesansowym. W październiku wyjeżdżam do Florencji na roczny program badawczy w tamtejszej galerii.
To ogromne wyróżnienie, ale stypendium nie pokrywa kosztów życia. Muszę zebrać dwadzieścia tysięcy złotych. Agata wspomniała, że może być pan skłonny do pomocy w zamian za… hmm, symulowane partnerstwo. Słuchał, jak mówi, zafascynowany jej prostotą.
W jednej chwili poczuł, że ma przed sobą nie tylko kogoś, kto potrzebuje pieniędzy, ale przede wszystkim kogoś, kto pragnie spełnić swoje marzenie. A on znał się na realizowaniu pragnień. – Jestem skłonny zapłacić za pani usługi – powiedział powoli, patrząc jej prosto w oczy. – Zapewnię honorarium, które umożliwi pani wyjazd.
Z kolei pani zgodzi się towarzyszyć mi podczas ceremonii i przyjęcia weselnego. Będzie pani musiała udawać moją partnerkę, a przed moją matką odegrać rolę kobiety, która poważnie mnie interesuje. To wszystko. Dostęp do całego niezbędnego czasu tylko w sprawach prywatnych.
Nikola wyglądała na zaskoczoną, ale nie urażoną. Przez chwilę bawiła się brzegiem serwetki, po czym uniosła wzrok. – Rozumiem. A ile dokładnie jest w stanie mi pan zaoferować?
– Dwadzieścia pięć tysięcy. Pociągnęła łyk kawy, która wystygła już całkowicie, i postawiła filiżankę na spodku. – W porządku. Podpisze pan umowę, że to tylko gra.
Zasady będą jasne już na początku. Koniec żadnych zobowiązań po zakończeniu wesela. Ja nie chcę żadnych dodatkowych korzyści, a pan nie ma prawa oczekiwać ode mnie niczego poza aktorskim wystąpieniem. Zgoda?
– Zgoda – powiedział szybciej, niż zamierzał. – I jeszcze jedno – dodała, uśmiechając się pierwszy raz od chwili, gdy usiadła. – Podczas trwania umowy będzie pan miał już dość komedii. Będę udawać, że pana kocham, a pan przynajmniej będzie musiał udawać, że pan czuje to samo.
To znaczy, że wymaga to pewnej umiejętności aktorskich. Mam nadzieję, że pan je ma, panie Wieczorek. – Jeszcze się okaże – odpowiedział, wstając i wyciągając dłoń do uścisku. – Do jutra.
Proszę się zastanowić nad miejscem i godziną ślubu. Dyplomata i ja zapłacimy, zostawiam swój numer. Gdyby pojawiły się jakieś wątpliwości, proszę dzwonić. ***
Trzy tygodnie później, punktualnie o piętnastej, Julian stanął w progu kamienicy przy ulicy Miodowej, gdzie miało odbyć się wesele.
Wyszedł z samochodu, poprawił mankiet koszuli i zerknął na swój telefon, na który nieustannie nadchodziły wiadomości od matki. – Mam już dość twoich propozycji – zażartowała Nikola, która pojawiła się w drzwiach obok i stanęła obok niego, pachnąca eleganckimi perfumami o nutach jaśminu i drzewa sandałowego. „Masz swoją rolę, Julian. Zagramy razem, prawda?
Obiecaj mi tylko, że w razie czego będziesz trzymał w ryzach swoją matkę, bo jeśli nie, może się to skończyć katastrofą. ”
Roześmiał się cicho, zaskoczony jej szczerością. Spojrzał na jej twarz, na lekkie rumieńce policzków i czarne oczy, w których łagodność mieszała się z opanowaniem. Odpowiedział, biorąc ją za rękę, która wydała mu się zaskakująco ciepła.
– Dam radę. A pani? Jest pani gotowa na kilkugodzinne dźwiganie ciężaru mojej rodziny? – To tylko rola tymczasowa, panie Wieczorek.
Zniknę po pierwszym weselnym tańcu, nim zdąży pan powiedzieć „do jutra”. Julian otworzył drzwi i wpuszczono ich do wnętrza pełnego kwiatów i śpiewu skrzypiec. Do ołtarza prowadziła długa alejka róż. Agata stała przy wejściu, promieniejąc, i ucałowała go w policzek, szepcząc:
– Dziękuję, że przyszedłeś.
Matka już jest, pilnuj jej. – Nie dziękuj – mruknął, obdarzając ją uśmiechem, po czym ścisnął mocniej dłoń Nikoli, prowadząc ją przed siebie, aby zajęli swoje miejsca. Przez całą ceremonię starał się nie myśleć o tym, że z tyłu głowy czuje wyładowane napięcie Danuty Wieczorek, poznającej wzrokiem wzrost Nikoli, jego nowe ubranie, sposób trzymania rąk. A gdy w końcu ich wzrok się spotkał, matka nie patrzyła na niego, tylko na Nikola i uśmiechnęła się w sposób, który Julian znał aż nazbyt dobrze – uśmiech zwycięskiej łowczyni.
Gdy na koniec ceremonii nowożeńcy zniknęli w korowodzie weselnym, Julian podszedł do Nikoli, która rozmawiała z kelnerem. – Zatańczymy? – zaproponował, a ona bez wahania podeszła na środek parkietu, gdzie tłum weselników stworzył dla nich krąg. Ich ciała dopasowały się do siebie idealnie, jakby tańczyli razem od lat.
Głowa Nikoli spoczęła mu na ramieniu, a on poczuł, jak jej oddech lekko muska jego szyję, gdy mówiła:
– Nie jesteś w tym taki zły, Julian. Może nawet trochę zbyt dobry. – Nie przeceniaj moich umiejętności – szepnął, przyciągając ją bliżej. Lecz zanim zdążył skończyć, podeszła do nich Danuta, z szerokim uśmiechem, przekrzywiając głowę.
– Julian, kochanie, nie przedstawisz mi tej pięknej kobiety? Muszę przyznać, że całe towarzystwo się o was nim dowiedziało. Od razu mówili, że coś ci się trafiło. – Mamo, to Nikola, moja…
– Wiem, wiem, twoja ukochana – powiedziała Danuta, biorąc rękę Nikoli do obu dłoni.
„Powiedział ci już Julian, że mamy w rodzinie obrzydliwie dużo magnaterii i chłodu? Ale ty pewnie już o tym nie myślisz, skoro on tak namiętnie potrafi mówić. ”
– Na szczęście mamy sporo czasu na wspólne poznawanie się – odpowiedziała Nikola, nie tracąc uśmiechu. „Jestem pewna, że będzie tego jeszcze więcej przed nami.
”
Julian zerknął na nią spod rzęs i na moment złapał błysk w jej oku. Uśmiechała się, ale w tym uśmiechu była lekka zadziorność. Po weselu, gdy goście zaczęli się powoli wykruszać, Julian odprowadził Nikolę do samochodu. Stała w blasku paneli oświetleniowych na tle śnieżnej nocy, owijając się ciepłym ramieniem.
– Mój projekt wyjazdowy został zaakceptowany – powiedziała w końcu, gdy szli w milczeniu. Wyczuł w jej głosie nutę, której nie umiał zinterpretować. – Przełożyłam go o rok, żeby móc cię jeszcze wspierać. Jeśli chcesz, mogę zostać na dłużej.
Julian zatrzymał się gwałtownie. Spojrzenie, które jej posłał, było zmieszane z uczuciami, których sam nie potrafił nazwać. – To jest część umowy? – Żadna część – odpowiedziała cicho.
„Chcę zostać. Naprawdę chcę. ”
Popatrzył na nią długo, a potem sięgnął po jej dłoń, którą wziął w swoje. – W takim razie nie pozwolę ci odejść.
Chyba że sama zdecydujesz inaczej. Po raz pierwszy, odkąd się znali, Nikola milczała, pozwalając mu dokończyć zdanie. Zamiast odpowiedzi ściągnęła go lekko w stronę światła latarni i zanim mrugnięcie oka, pocałowała go czule w kącik ust. Gdy się cofnęła, w jej oczach lśniła determinacja.
– To cię obowiązuje, panie Wieczorek. Przynajmniej do wiosny, kiedy spadnie śnieg. Zaaprobował to, prowadząc ją do samochodu, gdzie już na nich czekała. Ale zamiast otworzyć przed nią drzwi, przyciągnął ją do siebie, wciąż trzymając za ręce.
– Umowa, Nikola. Ale od teraz gramy według moich zasad. Bez aktorstwa, bez granic. Tylko ty i ja.
– Niech będzie – szepnęła w jego pierś i pozwoliła, by wsiedli do auta, gdzie panowała już inna, nowa cisza, wypełniona obietnicą tego, co miało nadejść, zanim wzejdzie kolejne słońce.