Miałam siedemnaście lat, kiedy dzień przed studniówką zeszłam po schodach i zobaczyłam Beatę klęczącą na podłodze w łazience. Woda stała cienką warstwą na płytkach, a ona wycierała ją czymś jasnym, ciężkim od wilgoci. Dopiero kiedy materiał przesunął się pod jej dłonią, zobaczyłam małe perłowe guziki.

To była sukienka uszyta przez moją babcię.
Dziś mam pięćdziesiąt dwa lata i nadal pamiętam zapach tamtego domu: pasta do podłogi, kawa ojca i suszone jabłka, które babcia trzymała kiedyś w papierowych torbach na kredensie. Mama zmarła krótko po moich narodzinach, więc przez pierwsze lata właściwie wychowywała mnie babcia Helena. Gdy zachorowała na raka, zamieszkałyśmy z ojcem w jednym domu pod Radomiem, żeby łatwiej było ją wozić do szpitala.
Ostatniego lata babcia szyła mi sukienkę. Nie mówiła wtedy o studniówce, bo do niej brakowało jeszcze kilku lat. Powtarzała tylko, że dziewczyna powinna mieć w szafie jedną porządną rzecz na ważny wieczór. Kremowy materiał kupiła wcześniej w Warszawie, a guziki przyszywała przy kuchennym stole, robiąc przerwy, kiedy dłonie zaczynały jej drżeć.
Po jej śmierci schowałam sukienkę do pokrowca. Ojciec wiedział, ile dla mnie znaczyła.
Po pogrzebie babci przez kilka tygodni nikt nie miał głowy do porządków. Na kredensie leżały jej okulary, w szufladzie rachunki za leki, a w przedpokoju wisiał brązowy płaszcz, którego ojciec długo nie pozwalał nikomu ruszać. Dopiero przed pierwszym Wszystkich Świętych spakowaliśmy część rzeczy. Sukienki nie oddałam. Włożyłam do kieszeni małą karteczkę z pismem babci: „podłożyć dół, gdy podrośnie”. Miałam wtedy trzynaście lat i byłam pewna, że skoro zachowam tę jedną rzecz, coś z tamtego czasu pozostanie na swoim miejscu.
Beatę poślubił dwa lata później. Nie była wobec mnie jawnie okrutna. To byłoby może łatwiejsze do nazwania. Raczej przesuwała granice po kawałku. Raz oddała do kontenera dwa koce po babci, bo „zajmowały miejsce”. Innym razem schowała zdjęcia z komody, tłumacząc, że salon nie powinien wyglądać jak izba pamięci.
Najgorsze było to, że ojciec zwykle milczał. Przy niedzielnym obiedzie patrzył w talerz, dolewał sobie kompotu i mówił: „Dajcie już spokój”. Brałam to za wybór. Jej wybór.
Tydzień przed studniówką wyjęłam sukienkę z pokrowca. Była trochę za szeroka w talii, więc sąsiadka, pani Jadzia, która kiedyś pracowała w zakładzie krawieckim, zwęziła ją o dwa centymetry. Kiedy oddawała mi sukienkę, pogładziła szew i powiedziała, że babcia Helena miała pewną rękę.
Beata słyszała tę rozmowę.
Następnego dnia zapytała przy kolacji, czy naprawdę zamierzam iść „w tej starej rzeczy”. Ojciec podniósł wzrok znad rachunku za prąd, ale nic nie powiedział. Odpowiedziałam tylko, że tak, i zaniosłam talerz do zlewu.
Dzień przed studniówką wróciłam wcześniej ze szkoły. Wieczorem pakowałam kosmetyczkę, kiedy z dołu dobiegł mnie stuk, a potem szum wody. W łazience Beata miała już mokre rękawy bluzki. Moja sukienka leżała pod jej kolanami.
— Co ty robisz? — zapytałam.
Spojrzała na mnie, jakbym przeszkodziła jej w sprzątaniu.
— Spłuczka puściła. Złapałam pierwsze, co było pod ręką.
Obok wanny stał kosz z ręcznikami. Pod umywalką wisiały dwie ścierki. Pokrowiec z sukienką był na piętrze, w mojej szafie.
Wskazałam na ręczniki.
— One były za daleko?
Beata wstała i wycisnęła materiał nad wanną.
— Nie będę się z tobą kłócić o kawałek tkaniny. Trzeba było ratować podłogę.
Ojciec wszedł do łazienki chwilę później. Miał jeszcze kurtkę roboczą, klucze trzymał w dłoni. Popatrzył na wodę, na sukienkę i na Beatę. Czekałam na jego zwykłe „dajcie spokój”.
Zamiast tego odstawił klucze na półkę.
— Hydraulik był dziś rano — powiedział.
Beata odwróciła głowę.
— Jaki hydraulik?
— Ten, którego wezwałem wczoraj. Sprawdził spłuczkę, zawory i odpływ. Nic nie przeciekało.
Przez chwilę słychać było tylko wodę kapiącą z sukienki.
Beata zaczęła mówić, że awaria mogła pojawić się później, że może poluzowała się uszczelka. Ojciec wyjął z kieszeni złożoną kartkę. To był rachunek z zakładu hydraulicznego z godziną wizyty i krótką adnotacją o sprawnej instalacji.
— Po co to wszystko? — zapytała już ciszej.
Ojciec spojrzał na mnie, a potem na nią.
— Bo od miesięcy próbuję sobie wmówić, że przesadzam. Że te znikające rzeczy, uwagi i awantury są przypadkiem. Wczoraj, kiedy powiedziałaś, że ta sukienka powinna wreszcie zniknąć z domu, zadzwoniłem po hydraulika, bo wcześniej narzekałaś na spłuczkę.
Nie wiedziałam o tej rozmowie. Nie wiedziałam też, że trzy tygodnie wcześniej ojciec był w kancelarii prawnej.
Poszedł do gabinetu i wrócił z dużą brązową kopertą. Położył ją na pralce, obok butelki płynu do podłóg. W środku były kopie dokumentów, które przygotował z prawniczką: projekt pozwu rozwodowego, zestawienie wspólnych rachunków i notatki dotyczące tego, co działo się w domu przez ostatnie miesiące.
Beata długo nie brała koperty do ręki.
— Chcesz rozwodu przez sukienkę?
Ojciec pokręcił głową.
— Nie przez sukienkę. Przez to, że wiedziałaś, czym ona jest, i zrobiłaś to właśnie dlatego.
Potem powiedział jej, że tej nocy pojedzie do siostry, a rano ustalą, jak ma zabrać swoje rzeczy. Nie krzyczał. Beata też nie. Z kuchni dochodziło tykanie starego zegara po babci, a ja stałam boso na zimnych płytkach i trzymałam mokry rękaw sukienki.
Pani Jadzia próbowała ją ratować jeszcze tego samego wieczoru. Rozłożyłyśmy materiał na ręcznikach w jej kuchni, przy herbacie, której żadna z nas prawie nie piła. Plamy zeszły częściowo, ale dół był odbarwiony, a koronka przy guziku rozdarła się na długość palca.
Na studniówkę poszłam w granatowej sukience pożyczonej od kuzynki. Ojciec rano wyjął z szuflady małe pudełko po babci. Leżała w nim broszka w kształcie gałązki, zwykła srebrna, bez większej wartości.
— Może to przypniesz? — zapytał.
Przypięłam ją przy dekolcie.
Nie wybaczyłam ojcu od razu. Przez lata pamiętałam nie tylko to, co zrobiła Beata, ale również wszystkie wcześniejsze chwile, kiedy on siedział przy stole i udawał, że nie słyszy. Po rozwodzie odbudowywaliśmy relację powoli, przy kawie, przy odwiedzinach na cmentarzu, przy zwyczajnych telefonach w niedzielę.
Sukienkę od babci mam do dziś. Nie nadaje się do noszenia. Leży w płaskim pudełku z bibułą, razem z jej zdjęciem i kartką, na której zapisała kiedyś moje wymiary.
Kilka lat temu pokazałam ją córce. Dotknęła jednego z perłowych guzików i zapytała, czy babcia Helena naprawdę przyszywała je wszystkie sama.
Powiedziałam, że tak.
Potem zrobiłyśmy herbatę i długo siedziałyśmy w kuchni, zanim schowałam pudełko z powrotem do szafy.


