20 grudnia moja synowa napisała do mnie: „W tym roku nie będziemy obchodzić Bożego Narodzenia z tobą”. Stałam przy oknie z herbatą w dłoni i czytałam tę wiadomość raz za razem. Cztery lata temu pożyczyłam im 100 000 złotych na wkład własny do mieszkania. Bez terminu spłaty.

„Kiedy będziecie mogli” – powiedziałam wtedy. Okazało się, że nigdy nie będą mogli, bo zawsze było coś ważniejszego. Anna, moja synowa, dodała jeszcze: „Proszę nie dzwonić po 20:00”. A potem napisała, że Piotr i Zosia są u niej i że to ich wspólna decyzja.
Moja ośmioletnia wnuczka nie odezwała się ani słowem. Tego wieczoru wyjęłam z szuflady umowę pożyczki. Podpisali ją oboje, Piotr i Anna. Bez terminu zwrotu.
Potem włożyłam do koperty również coś jeszcze – coś, co zmieniło wszystko. Zostawiłam klucze do ich mieszkania u portiera z notatką: „Idę do Kowalskich”. Piotr wrócił do domu o 14:30. Anna miała zebrania do 18:00.
Zosia napisała do mnie, że tęskni. Piotr znalazł kopertę dopiero wieczorem. W środku była umowa pożyczki i list. Zadzwonił do mnie 23 razy.
Nie odebrałam. Zadzwoniłam do niego następnego dnia. Powiedziałam tylko: „Zacznij od przyznania się do prawdy”. Nie przyjdę do was na każde zawołanie.
Zosia pisze do mnie codziennie. Piotr przyjechał do mnie godzinę temu. Stoi przed drzwiami.
A ja wciąż nie wiem, czy jestem gotowa mu wybaczyć.


